W poprzednim wpisie opisałem pierwszą połowę wyjazdu na słowacko-węgierskie pogranicze, z wędrówkami po krasowych dolinach i płaskowyżach, górską wycieczką donikąd i różnorodną wsią Krásnohorské Podhradie. Teraz czas na dalszą część.
Jadąc na kraniec Słowacji trzeba wiedzieć, że czasem nie będzie łatwo – momentami ciężko będzie gdzieś przejść lub przejechać. Za to można zobaczyć miejsca, które nie potrzebują atrakcji, wystarczy swojska atmosfera i to, że przetrwały wieki bez wielkich zmian. Ale atrakcje też mają.
Data wyjazdu: 21-22 czerwca 2025
Rożniawa
W sobotę wybraliśmy się do lokalnego centrum cywilizacji, czyli Rožňavy. To tam, jeśli jedziemy od strony Popradu, zaczynają się dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. A co za tym idzie, od tego miasta zaczyna się teren zamieszkany w sporej części przez Węgrów.
Miasto zostało założone w XIII wieku. Już od początku było ważnym ośrodkiem górniczym. Wydobywano tam m.in. złoto i srebro. Gospodarka załamała się się w czasie najazdów Turków Osmańskich, ale później górnictwo powróciło (tym razem głównie żelaza). Obecnie miasto jest stolicą regionu Gemer i liczy 17 tysięcy mieszkańców, z czego 1/5 to Węgrzy.

Na pierwszy rzut oka Rożniawa wygląda na zwykłe słowackie miasteczko. Nic bardziej mylnego. Bliżej mu do zwykłego węgierskiego miasteczka.
Oczywiście żartuję. Wcale nie jest zwykłe, tylko trzeba je odkryć. Nie pomaga w tym fakt, że niektóre zabytki sprawiają wrażenie celowo ukrytych, jak kościół ewangelicki z 18. wieku. Stoi na podwórku między dwiema ulicami, zasłonięty przez kamienice. Przez to jest prawie niewidoczny.

Zwiedzanie rozpocząłem od ulicy Čučmianskiej, gdzie na darmowym osiedlowym parkingu pozostawiliśmy samochód. Zaraz obok, przy ulicy Čučmianskiej dlhej, stoi wiele tradycyjnych, wydłużonych domów. Mieszkają w nich po sąsiedzku Węgrzy, Romowie i Słowacy.

Dalej przeszedłem obok szpitala i minąłem zabytkowy cmentarz z 18. stulecia, z wieloma starymi nagrobkami i rzeźbami. Stamtąd już tylko dwa kroki do Námestia Baníkov, czyli rynku. Wokół placu koncentruje się większość zabytkowych budynków. Jednak najważniejsze są dwa obiekty. Jednym z nich jest katedra Wniebowzięcia NMP. Sam kościół został zbudowany w stylu gotyckim w XIII-XIV wieku. Najbardziej zwraca uwagę osiemnastowieczna dzwonnica oraz bogate wyposażenie i wnętrze.

Drugim ważnym budynkiem jest wieża strażnicza. Została zbudowana w połowie 17. wieku na samym środku rynku, aby skuteczniej bronić miasto przed Turkami. Mierzy ponad 30 metrów, a z jej szczytu rozciąga się piękny widok na miasto i okolice. Do wieży przylega skromny kościół św. Franciszka Ksawerego, powstały w podobnym czasie. Przed nimi stoi pomnik Františky Andrášiovej. Na rynku wyróżniają się też trzy inne budynki, czyli niebieski Ratusz Miejski, osiemnastowieczny kościół św. Anny i bogato zdobiony Pałac Biskupów, z kolumną maryjną obok.

Poza starym miastem też jest kilka ciekawych punktów. Jeśli pójdziecie z rynku ulicą Kósu-Schoppera, tak jak ja, natraficie na żółty budynek szkoły z ładną kaplicą Bożego Serca pośrodku. Stamtąd można pójść w rejon ronda, gdzie stoi charakterystyczny kościół kalwiński i kilka nowszych budynków, m.in. miejski teatr.

Dalej poszedłem do małego parku przy ul. Hviezdoslavovej, w którym stoi pomnik zwycięstwa nad faszyzmem postawiony w czasach komunistycznych. W Rożniawie jest też drugi, bardziej przyjemny park, który ma nazwę Póschova záhrada.

Na koniec poszedłem do jednego z ulubionych przez lokalsów miejsc spacerowych, czyli pól położonych między ulicą Ružovą a zalesionymi stokami góry Rákoš. Na dole, przy ulicy stoi skromny pomnik upamiętniający wizytę Jana Pawła II. Z tego miejsca można podejść wyżej, aby podziwiać ładny widok na miasto i okoliczne góry.

Drugim niezłym punktem widokowym na miasto jest ten ponad barokową kalwarią górującą nad starówką. Niestety, z pewnych przyczyn, nie dotarłem tam, ale naprawdę warto.
ㅤ
Silica
Po południu pojechaliśmy na leśny spacer do wsi Silica, słynącej z jaskiń i form krasowych. Droga do wsi wiodła obszerną doliną między krasowymi płaskowyżami. Majestatycznie prezentował się mijany kamieniołom w Slavcu. Tam też odbiliśmy w leśną drogę, prowadzącą na Płaskowyż Silicki (Silická planina). To jedno z tych miejsc gdzie GPS pyta, czy na pewno chcemy tam jechać. Droga pełna zakrętów, niezwykle kręta i słabiej utrzymana niż większość dróg w okolicy. Co najciekawsze, jeżdżą tamtędy busy na przystanek w Silicy.

Nie dojechaliśmy do samej wsi, ale zostawiliśmy samochód na parkingu przy szlaku do Jaskini Silickiej (Silická ľadnica). Po kilku minutach, dotarłem stamtąd do pierwszej jaskini, czyli Babskiej diery. Jaskinia ma długość 45 metrów, jej eksploracja rozpoczęła się w 1959 roku i nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników. Znaleziono tam fragmenty ludzkich kości oraz maskę wykonaną z twarzowej części ludzkiej czaszki. Prawdopodobnie była używana do rytuałów w epoce brązu. Nie było wtedy internetu, więc ludzie musieli sobie jakoś inaczej wypełniać czas. Na przykład, bawiąc się czaszką sąsiada.

Babska diera znajduje się nieco poza szlakiem, więc łatwo ją przeoczyć idąc do głównej atrakcji okolicy, czyli samej Silickiej ľadnicy. Znajduje się kilka minut dalej spacerem od pierwszej jaskini i robi zdecydowanie spore wrażenie już z zewnątrz. Ma potężne skalne ściany, a ze środka bije zimno jak w lodówce. Miejsce było już znane na początku 17. wieku i od tego czasu znaleziono tam wiele artefaktów z różnych epok. Jej skalne korytarze ciągną się pod ziemią na ponad 2 kilometry. Do wylotu jaskini prowadzą schodki (polecam wziąć coś cieplejszego do ubrania), w zimniejszych miesiącach można tam nawet podziwiać lodospad. Niestety zwiedzanie dalszej części jest niemożliwe.


Stamtąd udałem się żółtym szlakiem w kierunku wsi. Do wyjścia z lasu trasa była bardzo przyjemna. Prowadziła wśród lejów krasowych, wspomnianych już w poprzednim wpisie. Są to zagłębienia w kształcie mis, powstałe przez rozpuszczanie wodą wapiennych skał. Po drodze spotkałem też sympatyczną lokalną rodzinkę. Miło przestało być w momencie, kiedy skończył się las. Wtedy ścieżka zamieniła się w łąkę, a rośliny sięgały po pas. Nie jestem jednak z tych, co szybko się poddają, więc nieco poparzony pokrzywami dotarłem do wsi.

Miejscowość jest idyllicznie położona wśród wzgórz i na wzgórzach. Góruje nad nią kościół z 13. wieku. Mają też mniejszy, nowszy kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Sporo tam tradycyjnych, długich domów. Wieś jest zamieszkana w około 90% przez Węgrów.

Wróciłem do jaskini tą samą trasą (tak, mało mi było wrażeń z pokrzywami) i poszedłem jeszcze szlakiem żółtym w drugą stronę. Wąska, leśna ścieżka (później szersza) lawirowała wśród licznych lejów krasowych. Te tutaj robiły największe wrażenie spośród wszystkich napotkanych przeze mnie w tej części Słowacji.

ㅤ
Betliar
Ostatniego dnia, aby skorzystać jeszcze z wyjazdu, pojechaliśmy do oddalonego o kilkanaście minut samochodem Betliaru. Z pozoru zwykła wieś, jak każda inna w okolicy, ale zaraz za nią znajduje się bardzo ciekawe miejsce, czyli park z pałacem i różnymi innymi smaczkami. Sama miejscowość istniała już w 1330 roku. W czasach rewolucji przemysłowej była ośrodkiem hutnictwa żelaza.

Gdy dojechaliśmy tam o 8:30, parking przy parku był właściwie pusty i można było wybrać sobie miejsce. Około 11:00, gdy wyjeżdżaliśmy, jedynym wyborem, jaki mieli właściciele samochodów to czy zostawić auto dalej od parku (przy sklepie COOP Jednota) czy zrezygnować. Jak widać, teren przyciąga wielu turystów, a Słowacy to tylko ich niewielka część. Opłata za parking to 3 € za cały dzień.

Na początku poszedłem obejrzeć samą wieś. Oczywiście pełno w niej tradycyjnych, wydłużonych słowackich domów. Oprócz tego są tam dwa ciekawe kościoły. Jednym z nich jest gotycki kościół katolicki św. Elżbiety, postawiony w XIV wieku. Drugim – kościół ewangelicki, zbudowany w 1794 roku. Jego postawienie możliwe było dzięki Edyktowi Tolerancyjnemu cesarza austriackiego Józefa II. Zezwolił on na budowanie ewangelickich świątyń, ale nie mogły one mieć wież i ozdobnych fasad, i w ogóle powinny były nie rzucać się w oczy. Czyli niby tolerancja, ale pod warunkiem, że jest po myśli cesarza. Kościół w Betliarze ma oczywiście wieżę i zdobienia, ale dobudowano je później. Ironicznie, obecnie jest wyższy i bardziej zwraca uwagę niż katolicka świątynia.

Po spacerze po wsi przyszedł czas na zwiedzenie pięknego parku w stylu angielskim. Park powstał w XVIII-XIX wieku i jest największym tego typu założeniem na Słowacji. Są tam różne gatunki drzew (wszystkie podpisane), w tym sprowadzane z Ameryki i Azji oraz rodzime drzewa w pełnej krasie. Po całym terenie rozrzucone są różne ciekawe budyneczki, altanki, i inne podobne.


Centrum parku stanowi pałac. Został zbudowany na początku 18. wieku, na miejscu starego zamku Bebekovców. Był porządną, reprezentacyjną siedzibą lokalnego rodu Andrássy. Tak, znowu ten sam ród. Byli właścicielami zamku w Krásnohorskim Podhradiu, pochowani w mauzoleum w tej wsi, mieli pomnik w Rożniawie, pałac i park w Betliarze, a to nie wszystko. Jeśli w okolicy jest coś starszego niż sto lat, można założyć, że miało coś wspólnego z rodem Andrássych. Ewentualnie z ich jamnikiem. Przyczyna ich bogactwa? Prężne górnictwo w regionie i bardzo bliska znajomość z cesarzową Sisi.
Pałac był dwukrotnie przebudowywany. W środku kryje około 14 tysięcy starych książek w bibliotece założonej w 1790 roku. Z tego czasu pochodzi też większość bogatego wyposażenia wnętrz pałacu. Po obejrzeniu pałacu, niestety tylko od zewnątrz, przeszedłem przez cały park, aż do znajdującego się na jego końcu stawu.


Po wyjściu z parku pojawiło się pytanie, co dalej? Są dwie możliwości: wędrówka szlakiem żółtym w stronę okolicznych szczytów górskich lub dalszy spacer doliną. Ja wybrałem drugą opcję i tutaj ciekawostka: wyjście z parku prowadzi do asfaltowej drogi, ale już po chwili trasę zagradza zamknięta brama. Na drugą stronę można przedostać się jedynie drabiną zamontowaną na ogrodzeniu obok. Z rowerem lub wózkiem byłoby ciężko.

Dalej droga idzie łagodnie ale stale w górę, mijając leśne gospodarstwo ze stawami. Następnie dochodzi do urokliwego drewnianego budynku. Kawałek za nim kończy się asfalt i stoi leśna szkieletowa stodoła wypełniona sianem i narzędziami. Stamtąd wróciłem tą samą drogą przez dolinę i przeszedłem raz jeszcze przez park. Warto jeszcze dodać, że o ile w parku można znaleźć sporo cienia w upalne dni, to na drodze za nim, w dolinie, już niekoniecznie.

Na tym trzeba było zakończyć wyjazd i wrócić do zwyczajnej rzeczywistości. Bez sielskich wsi, bez zamków remontowanych od 13 lat, bez zarośniętych szlaków, bez tirów jeżdżących o 4 nad ranem, bez rodu Andrássych na każdym kroku. Ale myślę, że kiedyś tam wrócimy.

Dodaj komentarz