Jeśli jesteś znudzony zwykłymi wycieczkami górskimi, ten wpis jest dla Ciebie. Czas wyruszyć na jedną z najtrudniejszych tras słowackiej Małej Fatry. Tam, gdzie na niesamowite widoki trzeba zasłużyć, pokonując własne słabości i naturę mówiącą „nie uda Ci się!”
Data wycieczki: 7 sierpnia 2025
W lecie wybraliśmy się do jednego z najbardziej popularnych słowackich pasm górskich, i równocześnie jednego z trudniejszych do wędrowania, czyli Małej Fatry. Jej turystycznym centrum jest miejscowość Terchova. Można tam dojechać w niecałą godzinę od granicy polsko-słowackiej w Zwardoniu.

Trasa rozpoczyna się w Bielym Potoku, który jest częścią Terchovej. Obecnie można tam dojechać szybko, dzięki nowo otwartej drodze ekspresowej S1 z Żywca do Zwardonia. Jednak wtedy takiej możliwości nie było i musieliśmy jechać lokalnymi drogami przez wsie, m.in. Orawską Leśną i Zazrivę. Dzięki temu można było oglądać piękne krajobrazy, ale też wpaść w dziurę na pół drogi na górskiej drodze przed Zazrivą. Na szczęście uniknęliśmy tego, ale trzeba uważać.

Zostawiliśmy samochód na płatnym parkingu Parkovisko na lúke (bezpłatnych chyba nie ma). Ale kosztuje tylko 5 euro za cały dzień i jest blisko wejścia na szlak. Wyruszyliśmy szlakiem zielonym – już na początku było dosyć stromo. Przeszliśmy przez las (i trochę przez łąki), mijając urokliwy drewniany dom. Następnie wyszliśmy na obszerną polanę z ławeczką i widokiem na okoliczne góry, w tym Malý Rozsutec czy Pupov (tak, tak się nazywa).


Kawałek powyżej znajduje się malownicza osada Podrozsutec z wieloma drewnianymi domami. Trudno uwierzyć, że ludzie nie tylko tam mieszkają, ale też działa tam restauracja i noclegi. Brakuje tylko McDonalda i paczkomatu firmy Packeta.


Od tego miejsca kończy się przyjemny spacer wśród łąk, a zaczyna się porządne, strome podejście. Najpierw idzie się wzdłuż dolinki, a potem trasę urozmaica wiele ostańców skalnych. Deja vu z Jury Krakowsko-Częstochowskiej – rezerwatów Zielona Góra i Sokole Góry (zobacz). Tyle że tutaj skały są chyba jeszcze bardziej imponujące.



Dalej wyszliśmy, wciąż stromo, na grzbiet, gdzie ze skały obok szlaku widać kilka szczytów Małej Fatry, w tym Veľký Rozsutec. Stąd wydaje się naprawdę daleki i niedostępny. Zresztą tak jak z każdego innego miejsca. Dalej doszliśmy do finalnego podejścia na Malý Rozsutec (1344 m n.p.m.). Czyli po prostu – do stromej skalnej ściany z łańcuchami. Trzeba się maksymalnie skupić, bo skały są śliskie, a każdy fałszywy krok może przenieść nas na tamten świat. Albo przynajmniej na szpitalną salę.


Po chwili, która trwała wieczność, dotarliśmy na szczyt. Już z podejścia rozciągały się piękne widoki, ale wtedy trzeba było skupić się na wspinaczce. Panorama ze szczytu zapiera dech w piersiach. Z jednej strony – Terchova, okoliczne góry Małej Fatry i orawskie góry ciągnące się po horyzont. Z drugiej strony widać masywny Wielki Rozsutec oraz dalsze tereny – pasma Tatr Zachodnich, Niskich Tatr i wyraźnie wyrastający nad wszystkim wokół Wielki Chocz.

Co drugi turysta to Polak. Czasem mam wrażenie, że Słowacy te swoje góry tylko wypożyczyli, a faktyczną dzierżawę weekendową mają Polacy z południa kraju.



Na szczycie błąkał się też duży pies, zapewne pozostawiony przez jakiegoś turystę. Oczywiście zejście ze szczytu z obu stron to pionowa ściana i szczerze nie wiem, jak w ogóle ten pies tam dotarł. Nie tylko pies był tam zagubiony – to jego właściciel zgubił gdzieś po drodze sumienie.

Trzeba było jakoś zejść z góry. Trasa na przełęcz Medzirozsutce – stroma, same skały, bez łańcuchów byłoby trudno, a nawet z nimi jest bardzo ciężko. Szczególnie jeśli do schodzenia ustawia się już kolejka licząca kilka osób i psa. Ale oczywiście udało się jakoś dotrzeć w jednym kawałku na dół.

Pierwsza przełęcz (Sedlo Zákres) leży 115 metrów n.p.m. poniżej, a szlak do tego miejsca ze szczytu ma długość 300 metrów. Jeśli wejście na Malý Rozsutec jest tak ciężkie, to jak będzie na Wielkim? Lepiej o tym nie myśleć. Kawałek niżej jest Sedlo Medzirozsutce (1200 m n.p.m.). Teren wokół przełęczy to przyjemna polanka, umożliwia krótki odpoczynek przed pójściem dalej.

Następnie zmieniliśmy szlak z zielonego na czerwony i ruszyliśmy w stronę Veľkego Rozsutca (1610 m n.p.m.). Wbrew pozorom, nie jest tak ciężko. 410 metrów przewyższenia pokonuje się stopniowo. Oczywiście jest stromo, a pod koniec pojawiają się łańcuchy, ale trasa jest znacznie łatwiejsza niż ta na wcześniejszy szczyt.

Na koniec dochodzi się na górę, gdzie jest kilka skalistych wierzchołków. Tłumy są, owszem, ale przy odrobinie szczęścia można znaleźć sobie „własny” wierzchołek, usiąść i podziwiać rozległą panoramę 360°. Widać wszystko to, co z Malego Rozsutca, i wiele więcej. Jeszcze więcej gór Małej Fatry. Szerszy widok na orawskie i kysuckie góry. Widać też polskie szczyty, m.in. w Beskidzie Żywieckim, i czeskie, np. Łysą Górę. Z drugiej strony ukazuje się cały wachlarz słowackich gór: od Tatr Zachodnich, poprzez Wielki Chocz, Niskie Tatry, Wielka Fatra i wiele więcej.



Niestety zejście ze szczytu to już pionowa skalna ściana, łańcuchy i planowanie każdego kroku. Ten odcinek jest chyba jeszcze trudniejszy niż zejście z Malego Rozsutca, z tym że jest szerszy, więc w jednym momencie może nim przechodzić więcej niż jedna osoba. Różnicę wysokości ponad 400 metrów pokonuje się na odcinku kilometra i może to trwać nawet godzinę (w naszym przypadku 48 minut). W normalnych warunkach kilometr przechodzi się w 12-15 minut. Ale to nie są normalne warunki – to walka o przetrwanie.


Doszliśmy na przełęcz i poszliśmy przyjemnym szlakiem niebieskim trawersującym stoki góry. Najpierw przechodzi łąkami, potem lasem i urozmaicony jest skałami. Wędrówka nim to spacerek, w porównaniu do wcześniejszych fragmentów.


Z przełęczy postanowiliśmy wrócić na parking szlakiem niebieskim przez Jánošíkove Diery. Na początku szlak prowadził nieznacznie w dół i dotarliśmy na niewielką polanę z widokiem na masywny Veľký Rozsutec.


Zaraz za nią weszliśmy w dolinkę, a właciwie w wąwóz, i tam zaczęła się zabawa. Trasa prowadziła nie tyle wzdłuż potoku, co… potokiem. Nierzadko trzeba było przejść po prosto przez wodę lub błoto, co i tak było najłatwiejszym elementem.

Nieraz schodziło się drabiną, pod którą szalał wodospad. Wodospady dynamicznie uderzały wodą o ziemię – były tak głośne, że momentami nie było słychać własnych myśli (czyli myśli w stylu „Po co ja poszedłem tym szlakiem?!”). Stanąć pod niektórymi z nich to jak wejść pod wielki słowacki prysznic ustawiony na tryb „wywalamy łopatki z pleców”.


Oprócz tego było sporo odcinków, gdzie trzeba było przejść przez skały, były też liczne łańcuchy, schody i małe stupaczki, czyli takie metalowe pręty przyczepione do skał, żeby było na czym postawić stopę. Podobne trasy można znaleźć w Słowackim Raju, tyle że one są przeważnie jednokierunkowe – tylko w górę. Dwukierunkowość przy takiej liczbie turystów wcale nie pomaga.


Na całej długości szlaku można podziwiać niesamowite skały górujące nad nim. Po jakimś czasie, mniej więcej w rejonie skrzyżowania ze szlakiem żółtym, trasa opuściła wąwóz i stała się bardziej przyjazna. Co nie oznacza, że zniknęły wszystkie łańcuchy, drabiny, przejścia przez wodę. Po prostu były łatwiejsze i mniej liczne. Tym szlakiem, zmęczeni i z przemoczonymi butami, dotarliśmy na parking.

Trasa ma około 16 kilometrów. Według Mapy Turystycznej jej przejście trwa 7 godzin i 22 minuty, a mapy.cz podają 7 godzin i 42 minuty. Nam zajęło to 7 godzin i 30 minut, nie licząc odpoczynków i innych przerw. Zazwyczaj przechodzimy górskie trasy w znacznie krótszym czasie niż sugerowany, ale tym razem trudność oraz odcinki z łańcuchami czy drabinami nie pozwoliły na to.
Zdecydowanie wycieczka nie jest odpowiednia dla małych dzieci i psów ani do przejścia zimą. Już w lecie jest wystarczająco trudna. Ale chyba o to chodzi w wędrówkach górskich. Cały odcinek czerwonego szlaku od przełęczy Medzirozsutce do przełęczy Medziholie, przechodzący przez Veľký Rozsutec, był w tym roku zamknięty od 1 marca do 15 czerwca. Chodziło o to, aby turyści nie włazili z butami w góry w czasie, kiedy rodzą się młode zwierzęta, a gleba po zimie jest skłonna do erozji. Niewykluczone, że w 2026 roku też zamkną szlak na wiosnę.

Szlaki są dobrze utrzymane. Całość prowadzi przez park narodowy, więc lepiej nie zbaczać ze szlaków. Rozsutec i jego okolice są bardzo oblegane przez turystów, szczególnie w pogodne weekendy. Jednak piękna przyroda i widoki rekompensują obecność tłumów. Jedynymi odcinkami z małą liczbą turystów były: szlak zielony na Malý Rozsutec (myślę, że to przez wczesną porę) i niebieski łączący przełęcze Medziholie i Medzirozsutce (chyba za mało tam wrażeń i łańcuchów ;-)) Gdyby trasa nie miała tyle trudności, z pewnością nie byłaby tak ciekawa. Dlatego bardzo ją polecam, tak jak całą Małą Fatrę.














































































































































































































































