• Rozsutec i Jánošíkove Diery – góry, gdzie w godzinę pokonuje się jeden kilometr, a wodospady zagłuszają wszelkie wątpliwości
    Jeśli jesteś znudzony zwykłymi wycieczkami górskimi, ten wpis jest dla Ciebie. Czas wyruszyć na jedną z najtrudniejszych tras słowackiej Małej Fatry. Tam, gdzie na niesamowite widoki trzeba zasłużyć, pokonując własne słabości i naturę mówiącą „nie uda Ci się!”

    Data wycieczki: 7 sierpnia 2025

    W lecie wybraliśmy się do jednego z najbardziej popularnych słowackich pasm górskich, i równocześnie jednego z trudniejszych do wędrowania, czyli Małej Fatry. Jej turystycznym centrum jest miejscowość Terchova. Można tam dojechać w niecałą godzinę od granicy polsko-słowackiej w Zwardoniu.

    Trasa rozpoczyna się w Bielym Potoku, który jest częścią Terchovej. Obecnie można tam dojechać szybko, dzięki nowo otwartej drodze ekspresowej S1 z Żywca do Zwardonia. Jednak wtedy takiej możliwości nie było i musieliśmy jechać lokalnymi drogami przez wsie, m.in. Orawską Leśną i Zazrivę. Dzięki temu można było oglądać piękne krajobrazy, ale też wpaść w dziurę na pół drogi na górskiej drodze przed Zazrivą. Na szczęście uniknęliśmy tego, ale trzeba uważać.

    Dom przy szlaku

    Zostawiliśmy samochód na płatnym parkingu Parkovisko na lúke (bezpłatnych chyba nie ma). Ale kosztuje tylko 5 euro za cały dzień i jest blisko wejścia na szlak. Wyruszyliśmy szlakiem zielonym – już na początku było dosyć stromo. Przeszliśmy przez las (i trochę przez łąki), mijając urokliwy drewniany dom. Następnie wyszliśmy na obszerną polanę z ławeczką i widokiem na okoliczne góry, w tym Malý Rozsutec czy Pupov (tak, tak się nazywa).

    Malý Rozsutec (po lewej) wygląda stąd niepozornie…
    …a Pupov (1096 m n.p.m., po prawej) już w ogóle jak zwykła górka

    Kawałek powyżej znajduje się malownicza osada Podrozsutec z wieloma drewnianymi domami. Trudno uwierzyć, że ludzie nie tylko tam mieszkają, ale też działa tam restauracja i noclegi. Brakuje tylko McDonalda i paczkomatu firmy Packeta.

    Jeden z domów w Podrozsutcu
    Podrozsutec

    Od tego miejsca kończy się przyjemny spacer wśród łąk, a zaczyna się porządne, strome podejście. Najpierw idzie się wzdłuż dolinki, a potem trasę urozmaica wiele ostańców skalnych. Deja vu z Jury Krakowsko-Częstochowskiej – rezerwatów Zielona Góra i Sokole Góry (zobacz). Tyle że tutaj skały są chyba jeszcze bardziej imponujące.

    Skały mają różne kształty
    I różne rozmiary
    Na część z nich można wejść

    Dalej wyszliśmy, wciąż stromo, na grzbiet, gdzie ze skały obok szlaku widać kilka szczytów Małej Fatry, w tym Veľký Rozsutec. Stąd wydaje się naprawdę daleki i niedostępny. Zresztą tak jak z każdego innego miejsca. Dalej doszliśmy do finalnego podejścia na Malý Rozsutec (1344 m n.p.m.). Czyli po prostu – do stromej skalnej ściany z łańcuchami. Trzeba się maksymalnie skupić, bo skały są śliskie, a każdy fałszywy krok może przenieść nas na tamten świat. Albo przynajmniej na szpitalną salę.

    Podejście na Malý Rozsutec
    Jest ciężko 🙂

    Po chwili, która trwała wieczność, dotarliśmy na szczyt. Już z podejścia rozciągały się piękne widoki, ale wtedy trzeba było skupić się na wspinaczce. Panorama ze szczytu zapiera dech w piersiach. Z jednej strony – Terchova, okoliczne góry Małej Fatry i orawskie góry ciągnące się po horyzont. Z drugiej strony widać masywny Wielki Rozsutec oraz dalsze tereny – pasma Tatr Zachodnich, Niskich Tatr i wyraźnie wyrastający nad wszystkim wokół Wielki Chocz.

    Widok ze szczytu, w tle z lewej Tatry Zachodnie.

    Co drugi turysta to Polak. Czasem mam wrażenie, że Słowacy te swoje góry tylko wypożyczyli, a faktyczną dzierżawę weekendową mają Polacy z południa kraju.

    Wcale nie taki mały
    Piękne widoki ze szczytu
    Po prawej Terchova, po lewej – dalsze szczyty Małej Fatry

    Na szczycie błąkał się też duży pies, zapewne pozostawiony przez jakiegoś turystę. Oczywiście zejście ze szczytu z obu stron to pionowa ściana i szczerze nie wiem, jak w ogóle ten pies tam dotarł. Nie tylko pies był tam zagubiony – to jego właściciel zgubił gdzieś po drodze sumienie.

    Turysta podziwia widok na potężny Veľký Rozsutec. W tle główny grzbiet Małej Fatry

    Trzeba było jakoś zejść z góry. Trasa na przełęcz Medzirozsutce – stroma, same skały, bez łańcuchów byłoby trudno, a nawet z nimi jest bardzo ciężko. Szczególnie jeśli do schodzenia ustawia się już kolejka licząca kilka osób i psa. Ale oczywiście udało się jakoś dotrzeć w jednym kawałku na dół.

    Zejście z Malego Rozsutca

    Pierwsza przełęcz (Sedlo Zákres) leży 115 metrów n.p.m. poniżej, a szlak do tego miejsca ze szczytu ma długość 300 metrów. Jeśli wejście na Malý Rozsutec jest tak ciężkie, to jak będzie na Wielkim? Lepiej o tym nie myśleć. Kawałek niżej jest Sedlo Medzirozsutce (1200 m n.p.m.). Teren wokół przełęczy to przyjemna polanka, umożliwia krótki odpoczynek przed pójściem dalej.

    Przy przełęczy takie sielskie tereny, łagodne wzgórza, a kawałek dalej – ściany, łańcuchy, pot i łzy

    Następnie zmieniliśmy szlak z zielonego na czerwony i ruszyliśmy w stronę Veľkego Rozsutca (1610 m n.p.m.). Wbrew pozorom, nie jest tak ciężko. 410 metrów przewyższenia pokonuje się stopniowo. Oczywiście jest stromo, a pod koniec pojawiają się łańcuchy, ale trasa jest znacznie łatwiejsza niż ta na wcześniejszy szczyt.

    Na koniec dochodzi się na górę, gdzie jest kilka skalistych wierzchołków. Tłumy są, owszem, ale przy odrobinie szczęścia można znaleźć sobie „własny” wierzchołek, usiąść i podziwiać rozległą panoramę 360°. Widać wszystko to, co z Malego Rozsutca, i wiele więcej. Jeszcze więcej gór Małej Fatry. Szerszy widok na orawskie i kysuckie góry. Widać też polskie szczyty, m.in. w Beskidzie Żywieckim, i czeskie, np. Łysą Górę. Z drugiej strony ukazuje się cały wachlarz słowackich gór: od Tatr Zachodnich, poprzez Wielki Chocz, Niskie Tatry, Wielka Fatra i wiele więcej.

    Jest wszystko: wysokość, współrzędne i ślady starych naklejek
    Ze szczytu widać trzy kraje

    Niestety zejście ze szczytu to już pionowa skalna ściana, łańcuchy i planowanie każdego kroku. Ten odcinek jest chyba jeszcze trudniejszy niż zejście z Malego Rozsutca, z tym że jest szerszy, więc w jednym momencie może nim przechodzić więcej niż jedna osoba. Różnicę wysokości ponad 400 metrów pokonuje się na odcinku kilometra i może to trwać nawet godzinę (w naszym przypadku 48 minut). W normalnych warunkach kilometr przechodzi się w 12-15 minut. Ale to nie są normalne warunki – to walka o przetrwanie.

    Stoh (po lewej) – ulubiony szczyt jednego z polskich skoczków. Widok z zejścia na przełęcz
    To zdjęcie i tak niezupełnie oddaje, jak stromy jest stok obok szlaku

    Doszliśmy na przełęcz i poszliśmy przyjemnym szlakiem niebieskim trawersującym stoki góry. Najpierw przechodzi łąkami, potem lasem i urozmaicony jest skałami. Wędrówka nim to spacerek, w porównaniu do wcześniejszych fragmentów.

    Niebieski szlak
    Skała przy szlaku. Zwiastuje, że blisko już na przełęcz Medzirozsutce

    Z przełęczy postanowiliśmy wrócić na parking szlakiem niebieskim przez Jánošíkove Diery. Na początku szlak prowadził nieznacznie w dół i dotarliśmy na niewielką polanę z widokiem na masywny Veľký Rozsutec.

    Widok na Osnicę z przełęczy Medziholie
    Veľky Rozsutec

    Zaraz za nią weszliśmy w dolinkę, a właciwie w wąwóz, i tam zaczęła się zabawa. Trasa prowadziła nie tyle wzdłuż potoku, co… potokiem. Nierzadko trzeba było przejść po prosto przez wodę lub błoto, co i tak było najłatwiejszym elementem.

    Jak silna musi być ta gałąź, że poddtrzymuje całą skałę? 😉

    Nieraz schodziło się drabiną, pod którą szalał wodospad. Wodospady dynamicznie uderzały wodą o ziemię – były tak głośne, że momentami nie było słychać własnych myśli (czyli myśli w stylu „Po co ja poszedłem tym szlakiem?!”). Stanąć pod niektórymi z nich to jak wejść pod wielki słowacki prysznic ustawiony na tryb „wywalamy łopatki z pleców”.

    Tu akurat łatwy, ale bardzo malowniczy fragment
    Tak było

    Oprócz tego było sporo odcinków, gdzie trzeba było przejść przez skały, były też liczne łańcuchy, schody i małe stupaczki, czyli takie metalowe pręty przyczepione do skał, żeby było na czym postawić stopę. Podobne trasy można znaleźć w Słowackim Raju, tyle że one są przeważnie jednokierunkowe – tylko w górę. Dwukierunkowość przy takiej liczbie turystów wcale nie pomaga.

    I jak teraz przejść? Po prostu potokiem 😉
    Jeden za łatwiejszych fragmentów i jeden z mniejszych wodospadów. Wciąż piękne

    Na całej długości szlaku można podziwiać niesamowite skały górujące nad nim. Po jakimś czasie, mniej więcej w rejonie skrzyżowania ze szlakiem żółtym, trasa opuściła wąwóz i stała się bardziej przyjazna. Co nie oznacza, że zniknęły wszystkie łańcuchy, drabiny, przejścia przez wodę. Po prostu były łatwiejsze i mniej liczne. Tym szlakiem, zmęczeni i z przemoczonymi butami, dotarliśmy na parking.

    Mokro, ślisko, stromo. Ale i tak jest fajnie

    Trasa ma około 16 kilometrów. Według Mapy Turystycznej jej przejście trwa 7 godzin i 22 minuty, a mapy.cz podają 7 godzin i 42 minuty. Nam zajęło to 7 godzin i 30 minut, nie licząc odpoczynków i innych przerw. Zazwyczaj przechodzimy górskie trasy w znacznie krótszym czasie niż sugerowany, ale tym razem trudność oraz odcinki z łańcuchami czy drabinami nie pozwoliły na to.

    Zdecydowanie wycieczka nie jest odpowiednia dla małych dzieci i psów ani do przejścia zimą. Już w lecie jest wystarczająco trudna. Ale chyba o to chodzi w wędrówkach górskich. Cały odcinek czerwonego szlaku od przełęczy Medzirozsutce do przełęczy Medziholie, przechodzący przez Veľký Rozsutec, był w tym roku zamknięty od 1 marca do 15 czerwca. Chodziło o to, aby turyści nie włazili z butami w góry w czasie, kiedy rodzą się młode zwierzęta, a gleba po zimie jest skłonna do erozji. Niewykluczone, że w 2026 roku też zamkną szlak na wiosnę.

    Przy zejściu z Rozsutca

    Szlaki są dobrze utrzymane. Całość prowadzi przez park narodowy, więc lepiej nie zbaczać ze szlaków. Rozsutec i jego okolice są bardzo oblegane przez turystów, szczególnie w pogodne weekendy. Jednak piękna przyroda i widoki rekompensują obecność tłumów. Jedynymi odcinkami z małą liczbą turystów były: szlak zielony na Malý Rozsutec (myślę, że to przez wczesną porę) i niebieski łączący przełęcze Medziholie i Medzirozsutce (chyba za mało tam wrażeń i łańcuchów ;-)) Gdyby trasa nie miała tyle trudności, z pewnością nie byłaby tak ciekawa. Dlatego bardzo ją polecam, tak jak całą Małą Fatrę.

    Przebieg trasy. Źródło: Mapa Turystyczna
    Profil trasy

  • Czeska pętla w Beskidzie Śląsko-Morawskim: w poszukiwaniu zaginionych widoków
    Po co komu widokowe trasy? Widoki są przereklamowane. Można zamiast tego wybrać się na wycieczkę po czeskich górach, pełnych słowiańskiej mitologii, ciekawych rzeźb i polskich elementów, a także piekielnie stromych stoków.

    Data wycieczki: 1 sierpnia 2025

    Pojechaliśmy w pewien letni piątek do czeskiej wsi Řeka położonej w górskiej dolinie, niedaleko Czeskiego Cieszyna i Trzyńca. Wieś leży tylko około 20 km od granicy z Polską (przejście graniczne w Cieszynie) i jest zamieszkana przez niecałe 600 osób, w tym znaczną mniejszość polską. Została założona w połowie 17. wieku i opierała się na rolnictwie. Obecnie jest tam kilka restauracji i miejsc noclegowych oraz mini ośrodek narciarski, ale wciąż pozostaje niewielką, spokojną miejscowością.

    Sztuka ludowa w centrum wsi. Można uruchomić dzwonek

    Po zaparkowaniu na bezpłatnym parkingu przy urzędzie gminy wyruszyliśmy na trasę szlakiem żółtym. Najpierw prowadził wśród domów, potem niewielkim wąwozem. Następnie minęliśmy urokliwy drewniany dom specyficznie położony na stoku – od strony szlaku był ponad dwa razy wyższy niż z drugiej strony.

    Dom przy szlaku
    A tak wygląda z drugiej strony

    ‌Następnie dotarliśmy przez las do widokowej polanki z dwoma domami. Mieszkanie tam musi być wspaniałe, ale z drugiej strony bardzo trudne (oczywiście sensownego dojazdu dla samochodów nie ma). Dalej poszliśmy lasem, nieco trawersując stok i po jakimś czasie dotarliśmy na grzbiet, po drodze obserwując szczątkowe widoki na okoliczne góry i wsie. Całe podejście było dosyć strome, ale najbardziej początek.

    Dom w urokliwej okolicy

    Po dojściu na grzbiet niespodzianka – prowadzi tamtędy całkiem niezłej jakości droga asfaltowa. My jednak szliśmy dalej szlakiem, który nieco okrężnie i bardziej pod górę, omijając drogę, prowadzi do schroniska pod Ropičką (918 m n.p.m.). Plusem trasy był skromny punkt widokowy na okoliczne wsie i góry. Kawałek przed schroniskiem spotkaliśmy pierwsze osoby na szlaku, a konkretnie panie porządkujące las.

    Następny punkt widokowy napotkaliśmy dopiero 2 godziny później

    Schronisko zostało wybudowane w 1924 roku, ale wtedy miało formę niewielkiej chatki. W ciągu historii przechodziło liczne remonty i zmiany właścicieli. Obecnie można tam nocować, ale tylko wynajmując cały obiekt. Funkcjonuje też ładowarka do rowerów elektrycznych i bufet, ale czynny tylko w weekendy i święta poza sezonem zimowym. Dlatego w czasie naszej wycieczki był nieczynny.

    Schronisko jest nieźle rozbudowane, ale co z tego, skoro nieczynne

    Ze schroniska poszliśmy płaskim czerwonym szlakiem przez las, po drodze wchodząc na Příslop (946 m n.p.m.). Pod szczytem – nieużywany wyciąg narciarski i zarośnięty stok. Dalej na szlaku minęły nas dwa traktory. Czyli jak dotąd żadnych turystów, ale za to dwóch kierowców. Proponuję zrobić tam rondo żeby trochę usprawnić ruch kołowy. Na przełęczy Pod Velkým Lipovým też stał samochód z polskimi rejestracjami, ale ten akurat nieużywany od dłuższego czasu.

    Na szlaku

    Następnie krótkie i lekko strome podejście doprowadziło na Velký Lipový (999 m n.p.m.). Dalej monotonnym grzbietowym szlakiem czerwonym przeszliśmy w kierunku Ropic, po drodze mijając sporą wycieczkę. Czyli albo nie ma turystów wcale, albo jest ich kilkadziesiąt. Tutaj ironicznie szlak był nieco węższy i gorzej utrzymany. Na Ropicach (1083 m n.p.m.) odpoczęliśmy chwilę na ławeczce i zjedliśmy śniadanie w towarzystwie Peruna.

    Perun to słowiański bóg piorunów i burzy. Jego rzeźba na Ropicy symbolizuje zgodę między Czechami, Polakami i Słowakami

    Z Ropicy można zejść czerwonym, a potem niebieskim szlakiem, ale niepotrzebnie wydłuża to trasę. Można też, jak my, przejść nie najgorzej utrzymaną, nieoznakowaną drogą przez szczyt o nazwie Maraga (1042 m n.p.m.). Ścieżka schodzi prosto na przełęcz Šindelná. Od tego miejsca na szlaku było wyraźnie więcej turystów.

    Kontynuowaliśmy szlakiem niebieskim przez górę Šindelná (1003 m n.p.m.). Podobieństwo nazwy i wysokości do polskiej Szyndzielni koło Bielska-Białej jest całkowicie przypadkowe. Różnią się tym, że Szyndzielnia jest pięknym miejscem z rozległymi widokami, wysoką wieżą widokową, wyciągiem, wieloma turystami i różnorodną siecią szlaków. Z kolei Šindelná… jest. I tyle, chociaż i tak ma swój urok. W międzyczasie minęliśmy kilka polanek, ale mimo naszych najszczerszych nadziei nie oferowały żadnych widoków. Kawałek wyżej, lekko strome podejście doprowadziło nas na Javorový (1032 m n.p.m.). Wciąż bez widoków, ale za to z ciekawym pomnikiem. W tym roku na pomniku pojawił się obraźliwy napis, którego treści nie będę tutaj pisał 😆

    Pomnik postawiono w 2021, z okazji 100-lecia działalności polskiego PTTS „Beskid Śląski” w Czechach

    Po jakimś czasie wędrówki świetnie utrzymanym, płaskim niebieskim szlakiem po lewej otworzył się wspaniały widok w miejscu wyciętego lasu (wreszcie!). Można było podziwiać szeroką panoramę czeskich wiosek położonych poniżej, ale także widoczne były obydwa Cieszyny i ich polskie okolice, jeziora Terlicko i Žermanice, a nawet tereny bliżej Ostrawy i Frýdka-Místka. Z prawej było widać sporo pobliskich gór, a także dalsze, m.in. część polskich Beskidów.

    Widać polskie i czeskie Beskidy
    Cały Czeski Śląsk pod stopami

    Nieco dalej jest lądowisko dla helikopterów i szczyt Malý Javorový (947 m n.p.m.), popularny cel wycieczek mieszkańców położonego poniżej Trzyńca. Na górze piękne widoki – pierwszy i zarazem ostatni porządny punkt widokowy na trasie, nie licząc tego zaraz pod szczytem. Oprócz tego jest tam wieża RTV, schronisko, elegancki nowy budynek Górskiej Służby Ratunkowej, a trochę niżej stoki narciarskie i wyciąg krzesełkowy. A więc to jest czeska wersja Szyndzielni.

    Nawet przypomina Szyndzielnię
    Widok ze szczytu na zachód
    Na Malým Javorovým

    Schronisko na szczycie zostało wybudowane w 1895, a więc jest jednym z najstarszych schronisk w Beskidach. Jego patronem był sam arcyksiążę Fryderyk Habsburg. Obecnie można tam zjeść dobre czeskie dania, wypić piwo i przenocować.

    Horská Záchranná Služba na Malým Javorovým

    Z Malego Javorovego zdecydowaliśmy się wrócić trawersującym stoki Javorovego szlakiem zielonym. Nie żebyśmy mieli jakieś sensowne alternatywy, jeśli chcieliśmy wrócić do Řeki. Szlak szedł w miarę płasko, wąską ścieżką pomiędzy niezwykle stromymi stokami powyżej i takimi samymi poniżej. Częściowo przebiegał przez rezerwat przyrody Gutské peklo. W rezerwacie zwracają uwagę wodospady i prawie pionowe dolinki. Stoki mają średnie nachylenie 28°, a maksymalne 54°. Jest to naprawdę dużo. Tutaj na pewno wszyscy turyści przestrzegają zasady poruszania się tylko po szlaku. Inaczej nie da się poruszać, chyba że na plecach lub na czworaka.

    Zapomnijcie o piekle Dantégo i 9 kręgach – tu wystarczą strome stoki

    Po jakimś czasie doszliśmy na przełęcz, czyli Gutské sedlo. Jako że mieliśmy dużo czasu, a mało wrażeń, wyszliśmy jeszcze dobrze utrzymaną, minimalnie stromą drogą na Gutský Vršek (742 m n.p.m.). Na szczycie – brak widoków, ale za to tabliczka z nazwą szczytu i kodami QR z informacjami o nim i okolicy. Co ciekawe, po polsku.

    Na Gutským Vršku była też nazwa szczytu napisana na kamieniu oraz na desce. Na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył tej 😉

    Następnie zeszliśmy ze szczytu na przełęcz i zielonym szlakiem udaliśmy się z powrotem na parking. Pod koniec trasa biegła wśród domów i można było tam ujrzeć sporo ciekawostek, m.in. manekina bez rąk i nóg na huśtawce. Był też przystanek autobusowy, co dziwi, bo które busy jeżdżą po tak wąskiej, ślepej ulicy?

    We wsi

    Trasa liczy 19 km. Według Mapy Turystycznej można ją przejść w 6 godzin 17 minut, mapy.cz podają 6 i pół godziny. Nam zajęło to 5 godzin 10 minut, nie licząc odpoczynków na Ropicach i Malým Javorovým. Jest dobrze utrzymana (poza kilkoma wyjątkami), co dziwi, skoro tak mało turystów z niej korzysta. Na ogół też dosyć łatwa, na wielu odcinkach szło się po prostu po płaskim terenie. Z oznakowaniem też nie ma problemu. W dodatku na każdym mijanym szczycie jest tabliczka z nazwą i wysokością, a jeśli nie tabliczka, to napis na drewnie lub kamieniu, albo trzy różne napisy. Zapomniano tylko o najważniejszym – widokach. Ale tereny i tak mają urok.

    Przebieg trasy, zrzut ekranu z Mapy Turystycznej
    Profil trasy. Najwyższy punkt na czerwono to Ropice, 1082 m n.p.m.

    ‎‎


  • Przewodnik po jurajskim Olsztynie i okolicy – od małego Giewontu do religijnej kampanii marketingowej

    Czasami warto wyjechać gdzieś bliżej, niekoniecznie za granicę i dlatego w lipcu wybraliśmy się do miasteczka Olsztyn, pod Częstochową.

    Miejscowość leży na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, rozległym obszarze znanym z widokowych wzgórz, imponujących ostańców skalnych, pięknych ruin zamków, zabytkowych kościołów i urokliwych krajobrazów. Olsztyn to kwintesencja Jury – są tam wszystkie te rzeczy, i wiele więcej.

    Data: 13-18 lipca 2025

    Historia Olsztyna zaczyna się w XIV wieku, ale z pewnością istniał też wcześniej. Już od średniowiecza był tam niewielki zamek, co pozwoliło miejscowości rozwinąć się. Jednak dopiero Kazimierz Wielki rozbudował go do poziomu porządnej warowni. W 1488 nadano prawa miejskie, a w 1532 – prawa do jarmarków i targów. Rozwój miasta został zaburzony przez liczne wojny. Między innymi, w 1587 Maksymilian Habsburg oblegał zamek olsztyński. Polakom udało się obronić, ale w 1655, w czasie potopu szwedzkiego, nie było już tak wesoło. Szwedzi doszczętnie zniszczyli zamek, i od tego czasu jest w ruinie. W 18. wieku Olsztyn był już w praktyce wsią, a po powstaniu styczniowym odebrano mu prawa miejskie. Ponownie został miastem dopiero w 2022 roku.

    Mapka, żeby nikt się nie zgubił w okolicy

    ‌Olsztyn

    Centrum miasteczka stanowi rynek. Jest na nim kilka ciekawych rzeczy. Stoi tam budynek Centrum Kultury, a na nim popiersie Piłsudskiego. Przypominam – pomnik Piłsudskiego stoi też na głównym placu Częstochowy. Od większego sąsiada Olsztyn odgapił też pomysł rzeźb unoszących się w powietrzu (czyli na specjalnych drutach). Dodatkowo mają też dwie makiety zamku. Przezornie umieszczono je pod szkłem, aby nie zostały zniszczone jak Park Miniatur w Częstochowie 😉

    Rynek w Olsztynie

    Oczywiście Olsztyn nie ma żadnej starówki, ale zamiast tego można poczuć jego małomiasteczkową atmosferę, spacerując uliczkami na zachód od rynku. Kawałek za rynkiem stoi fantazyjnie pomalowana kolorowa chałupa. W środku można obejrzeć imponującą ruchomą szopkę, składającą się z kilkuset figur.

    Tak kiedyś wyglądał zamek w Olsztynie
    Druga makieta na rynku

    Blisko centrum można też zobaczyć późnobarokowy kościół św. Jana Chrzciciela z bogatym wnętrzem. Został wybudowany w 18. stuleciu po pożarze starej świątyni. Od rynku jest tylko kilka kroków do zamku. Jednak przejście tych kilku kroków może zająć sporo czasu, bo trudno nie zatrzymać się w jednej z licznych knajpek czy budek z lodami po drodze. W sezonie turystycznym jest to główne miejsce w miasteczku, jeśli chodzi o gastronomię, ale nie jedyne. Smaczne dania w niewygórowanych cenach oferuje też pobliska restauracja Kuźnia Smaku, którą polecam.

    Rzeźba owcy na rowerze przy zamku. Symbolizuje turystykę rowerową i wypas owiec w okolicy

    Kawałek poniżej zamku, przy ulicy Kazimierza Wielkiego 2, wśród drzew ukryta jest drewniana chałupa. Jest to spichlerz z XVIII wieku, kilkanaście lat temu przeniesiony z Borowna (za Częstochową). Obecnie działa tam restauracja.

    Widok na miasto ze wzgórza zamkowego

    Poza centrum jest mniej ciekawych miejsc. Przy drodze na Częstochowę mają mały park z dwoma stawami, w sumie niepotrzebny. Przecież miejscowość jest otoczona ze wszystkich stron lasami i naturą. Warto też dodać, że przy głównej drodze między Częstochową a Olsztynem znajduje się wyjątkowo wredny przejazd kolejowy. Jeśli przejedziesz przez niego bez zatrzymywania się i oczekiwania na przejazd pociągu to znaczy, że masz szczęście. Przejeżdża tamtędy grubo ponad 100 pociągów dziennie, a zdarza się że przejazd zamykają na kilkanaście minut, albo więcej.

    Park w Olsztynie

    Skrajnica

    Na południe i zachód od miasteczka rozciągają się tereny leśne. Nie są jakieś niesamowite albo pełne atrakcji, ale można w nich przyjemnie pospacerować. Ja przeszedłem tam trasą, która zaczyna się od ulicy Polnej. Dalej poszedłem szlakiem czarnym, a potem żółtym przez ładny, sosnowy las. Po drodze minąłem wieś Skrajnica.

    W którą drogę skręcić?

    Po jakimś czasie skręciłem w nieoznakowaną, ale nienajgorszej jakości leśną drogę, która doprowadziła mnie na położony wśród łąk punkt widokowy na wzgórzu Dolny Ostrówek. Z niego zszedłem do wspomnianej Skrajnicy. Miejscowość nie jest szczególnie atrakcyjna, ale ma przyjemną atmosferę i niewielką kaplicę.

    Kaplica w Skrajnicy

    Nieco dalej, blisko ulicy Górzystej jest inny punkt widokowy na okolicę (czyli widać głównie las) i Częstochowę. Niestety od ulicy nie prowadzi tam żadna sensowna ścieżka. Do miasteczka wróciłem ulicą Turystyczną. Stamtąd zaś było widać dużą część Olsztyna i zamek. Trasa nie jest szczególnie oblegana przez turystów.

    Widać sporo, ale tylko gdy stanie się na palcach na pniaku i zadrze głowę do góry
    Mógłbym przysiąc, że to Świnoujście i latarnia morska. Ale to tylko wieża przeciwpożarowa w Olsztynie

    Zamek w Olsztynie i jego okolice

    Oczywiście będąc w Olsztynie, nie można nie odwiedzić ruin zamku. Zanim jednak tam poszedłem, postanowiłem przyjrzeć się mu z różnych perspektyw z okolicznych wapiennych ostańców. Do pierwszych można dojść ścieżką od ulicy Karlińskiego. Jest tam kilka skał tworzących razem wzgórze Cegielnia, każda jakoś dziwnie nazwana, na wszystkie można wejść bez sprzętu, ale wspinaczkę też tam można uprawiać. Tutaj już byli turyści. Co prawda tylko dwóch, ale to już jakiś postęp. Z góry piękny widok na zamek, miasteczko, bliższe i dalsze okolice, a nawet Częstochowę. Innymi słowy, jest tu pięknie, jak w niebie, a jeśli ktoś będzie nieostrożny, to może nawet faktycznie w tym niebie się znaleźć.

    Widok ze skał
    Budżetowa wersja okładki pewnego albumu zespołu Dream Theater

    Za skałami poszedłem wąską, zarośniętą ścieżką do mniej znanej atrakcji, czyli kamieniołomu Kielniki. Ważne, żeby skręcić w odpowiednią ścieżkę, bo takich jest kilka. Miejsce zbudowane głównie z wapienia, znaleziono tam wiele skamieniałości. Kamieniołom nie jest tak spektakularny jak ten w Częstochowie, ale też ładny. Jeśli ktoś nie załapał się na niebo przy skałach, to ma jeszcze szansę tutaj – ścieżka prowadzi zaraz przy krawędzi kamieniołomu i można łatwo spaść (szczególnie jeśli jest ślisko). Dalej schodzi się na dół kamieniołomu – stamtąd wygląda najlepiej – i można wrócić inną ścieżką (bardziej na północy) w rejon zamku.

    Widok na teren kamieniołomu

    Tam znajduje się jeszcze jedna grupa skał, tzw. Ostra Góra, też z pięknym widokiem, podobnym jak wcześniej. Z tego miejsca warto też przejść przez las do ulicy Kazimierza Wielkiego, bo za nią są kolejne ładne tereny. Jest tam kilka górek, w tym jedna zwieńczona krzyżem, i sporo mniejszych ostańców, a poniżej są pozostałości pieca do wypalania wapnia. Byłoby to świetne miejsce do odpoczynku od tłumów, z widokiem na zamek, tyle że … tych tłumów nie ma wcale.

    Teraz nadszedł czas na wisienkę na torcie, czyli ruiny zamku, więc wróciłem w jego okolice. Cały teren jest ogrodzony, więc jedyne miejsce, gdzie można oficjalnie do niego wejść, to ulica Zamkowa. Tam też można kupić bilet. Nieoficjalnie – nie raz widywałem ludzi przechodzących przez ogrodzenie gdzieś z drugiej strony. Według mnie wejście powinno być bezpłatne, ale bilety nie kosztują dużo – 6 zł ulgowy i 10 zł normalny. Za tę cenę można przez cały dzień chodzić po rozległym terenie zamku z licznymi skałami, ruinami i dwiema wieżami. Jedną można zwiedzać i na nią wyjść – za dodatkową opłatą. Pod zamkiem jest też jaskinia. Skały przy zamku to świetne punkty widokowe na miasteczko i na większość można wejść bez sprzętu.

    Widok z zamku w stronę Biakła i Sokolich Gór (o nich poniżej)
    Wszystko w słońcu … niestety tylko przez chwilę

    Jeziorka Krasowe, Góry Towarne i Zielona Góra

    Nieco dalej od miasteczka można znaleźć sporo ciekawych miejsc, dlatego następnego dnia poszedłem na północ od Olsztyna, aby je zobaczyć. Rozpocząłem wędrówkę od rynku i poszedłem ulicą Mstowską, przez puste o tej porze miasteczko. Już na początku natrafiłem na pierwsze ciekawe miejsce, czyli pomnik poświęcony bohaterom walk o Ojczyznę.

    Pomnik poświęcony zamordowanym Polakom

    Kawałek w głąb lasu znajduje się Cmentarz Ofiar II wojny światowej. Na jego terenie pochowano ofiary egzekucji dokonanych w tym miejscu przez Hitlerowców. Niemcy zamordowali tam prawie 2 tysiące osób, głównie Polaków. Wokół cmentarza umieszczono skromną drogę krzyżową.

    „Naród nigdy o nich nie zapomni”
    Cmentarz

    Obejrzałem cmentarz i wróciłem do ulicy Mstowskiej. Wkrótce potem skręciłem w ścieżkę w lewo, która po chwili doprowadziła mnie do Gór Towarnych. Jest to kilka malowniczych wzgórz ze skałkami, wśród których ukryte są jaskinie. Znaleziono w nich szczątki niedźwiedzia jaskiniowego. Ze wzgórz rozciągają się piękne widoki na Olsztyn, zamek, Częstochowę i okoliczne wioski i lasy. Jak dotąd turystów brak.

    Tylko las po horyzont… W tle Częstochowa

    Zszedłem z Gór Towarnych zarośniętą ścieżką do czerwonego Szlaku Orlich Gniazd. Niestety szlak jest słabo utrzymany i dość mocno zarośnięty trawą, a przecież to jedna z głównych tras Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dotarłem nim, wśród łąk, do głównej ulicy w Kusiętach. Wioska jest rozłożona wzdłuż dwóch prostopadłych ulic. Istniała już w 14. wieku.

    Widok na wieś z Gór Towarnych
    Krajobraz wsi

    W Kusiętach zszedłem w stronę stacji kolejowej. Za nią jest kolejne ciekawe miejsce – krasowe jeziorka. Powstały przez zawalenie się stropu jaskini. Teren jest nieźle zorganizowany, mają altankę, leżaki, niewielką plażę, ale wokół leży sporo śmieci. Kosz stoi dwa metry dalej, ale przecież to już inna strefa klimatyczna, wymagająca paszportu i kondycji maratończyka.

    Krasowe jeziorko

    Odpocząłem chwilę w towarzystwie lokalnego łabędzia (bo turystów brak) i ruszyłem dalej polno-leśną ścieżką. Znów średniej jakości, ale ten odcinek nie przebiega znakowanym szlakiem, więc nie mogę obwiniać PTTK. Schemat wygląda tak: ścieżka biegnie przez łąkę – jest zarośnięta. Wchodzi w las – zmienia się w elegancką szeroką drogę. Potem znowu łąka, las i tak w kółko.

    Jura jest piękna. Pod warunkiem, że upał nie dokucza, a ścieżka jest dobrze utrzymana

    Po drodze minąłem zająca z nadwagą i doszedłem do porządnej leśnej drogi, a nią do leśniczówki Zielona Góra. Wędrowałem dalej aż doszedłem do Szlaku Orlich Gniazd i nim udałem się w kierunku Rezerwatu Przyrody Zielona Góra. Tutaj już muszę obwinić PTTK. Jak to jest, że nieoznakowana droga przez las może być szeroka i świetnie utrzymana, a główny szlak prowadzący do rezerwatu przyrody to festiwal trawy i zarośli?

    W rezerwacie

    Po chwili dotarłem do rezerwatu i tam zaczęła się zabawa. Teren obejmuje dosyć wybitne wzgórze (343 m n.p.m.), miejscami strome – czułem się trochę jak w Beskidach. Wokół sporo skał, na niektóre można wejść bez sprzętu, i 150 metrowa jaskinia (niedostępna do zwiedzania). Zszedłem z góry szlakiem do niewielkiego parkingu dla odwiedzających to miejsce. Nietrudno zgadnąć, że żadnych turystów – oprócz mnie – nie było. Szkoda, bo tereny są piękne.

    Jedna ze skał w rezerwacie – Kowadło
    Widok z ostańca w rezerwacie jest naprawdę urozmaicony 😉

    Z parkingu przeszedłem do głównej drogi w Kusiętach. Miejscowość ciągnie się monotonnie 2,5 kilometra wzdłuż jednej ulicy, prostej jak od linijki. Przejście przez nią w upale, bez nawet kawałka cienia nie było największą przyjemnością. Ale przynajmniej mają chodnik, co w takich wsiach nie jest oczywiste. Po jakimś czasie dotarłem do miejsca, gdzie szlak rowerowy skręca w kierunku Olsztyna i nim właśnie wróciłem. Prowadził przyjemną polno-leśną ścieżką, po drodze mijając drewniany krzyż. Oczywiście rowerzystów nie było wcale.

    W drodze do Olsztyna

    Cała trasa (z początkiem i końcem na rynku) ma 15 km. Przeszedłem ją w 3 i pół godziny, a czas podawany przez mapy.cz to 4 godziny 21 minut. Tak jak pisałem, nie spotkałem na niej ani jednego turysty.

    Sokole Góry, Lipówki i Biakło, Zrębice

    W pobliżu Olsztyna jest jeszcze jeden ciekawy teren, czyli Rezerwat Przyrody Sokole Góry. Z rynku można tam dojść w kilkanaście-dwadzieścia minut. Można też zaparkować przy ulicy Kuhna i dojść do rezerwatu pod tamtej strony. W obydwu wariantach absolutnie warto przed wejściem do rezerwatu zobaczyć dwa piękne skałkowe wzgórza. Pierwsze to Lipówki – grzbiet skał z pięknymi widokami i świetnymi ścianami do wspinaczki. Oczywiście można tam też łatwo wejść bez sprzętu.

    Widok na Giewont (czyli Biakło) z Lipówek
    Gdyby nie chmury, byłoby widać zakonników na Jasnej Górze 😉

    Drugie wzgórze to Biakło. Jest nieco niższe (340 m n.p.m.) ale też monumentalnie wyrasta nad łąkami. Dzięki swojemu kształtowi i krzyżowi na szczycie przypomina Giewont, dlatego nazywany jest małym Giewontem. Wyznaczono tam sporo dróg wspinaczkowych. Ich nazw nie będę tu pisał, bo to mimo wszystko poważny blog.

    Podejście na Biakło
    Z rejonu Lipówek i Biakła świetnie widać zamek

    Ruszyłem do Sokolich Gór Szlakiem Orlich Gniazd. Rezerwat jest całkowicie zalesiony i składa się ze wzgórz i rozrzuconych na nich skał z jaskiniami. Wzgórza są widoczne z daleka i wyróżniają się w krajobrazie.

    W drodze do Sokolich Gór
    Sokole Góry widoczne z Lipówek

    Przechodzi tamtędy sporo szlaków, i są nawet niezłej jakości. Niestety większość z nich omija kluczowe atrakcje rezerwatu. Nie jest to jednak problem, bo można do nich dojść nieoznakowanymi, czasem stromymi ścieżkami. Tak też dotarłem na Pustelnicę (400 m n.p.m.).

    Jeden z imponujących ostańców w Sokolich Górach
    Grzybek wentylacyjny w Sokolich Górach

    Dalej znajduje się jeszcze nieco wyższe wzgórze z jaskiniami, czyli Puchacz. Jednak zbliżała się burza, więc nie chcąc pozostać gdzieś mokry między skałami, wyszedłem z lasu i skierowałem się polną drogą w stronę wsi Zrębice. Po drodze minąłem tradycyjną drewnianą studnię.

    Staw Kaczok w Zrębicach

    Zrębice powstały w 14. wieku i wszystko w nich kręci się wokół świętego Idziego. Gdyby skręcić w lewo z drogi, którą szedłem do centrum miejscowości, można zobaczyć kaplicę św. Idziego i źródełko św. Idziego. Idąc dalej, można dotrzeć do góry św. Idziego i skały św. Idziego. Gdy doszedłem do wsi, zobaczyłem kapliczkę św. Idziego i oczywiście kościół św. Idziego z XIV wieku. Innymi słowy, św. Idzi czeka za każdym zakrętem. Całość wygląda jak średniowieczna kampania marketingowa i wiele firm mogłoby się od nich uczyć 😉

    Kościół w Zrębicach. Wiadomo, jakiego świętego.

    Skąd taka fascynacja tym świętym?

    W średniowieczu, gdy okolice Zrębic nawiedziła straszliwa zaraza, ludzie opuszczali domy i chronili się w pobliskich lasach. Gromada zrozpaczonych mieszkańców modliła się, błagając o ratunek. Wtedy na skale ukazał się starzec w pustelniczym habicie – był to św. Idzi, zakonnik żyjący na przełomie VII i VIII wieku. Święty wskazał źródełko bijące u stóp skały, którego woda miała uzdrawiające właściwości. Ludzie pili wodę, obmywali się nią i zaraza ustąpiła. W dowód wdzięczności mieszkańcy wznieśli kapliczkę św. Idziego, a także kościół św. Idziego, a później umieścili w nim obraz tego świętego.

    Nawet bez podpisu wiadomo, kto to

    Jako że nie zdążyłem zobaczyć całych Sokolich Gór, wybrałem się tam jeszcze raz, tym razem od strony Biakła szlakiem żółtym. Na skrzyżowaniu, gdzie szlak odbijał w lewo, poszedłem dalej prosto nieoznakowaną ścieżką. Po pewnym czasie zrobiło się stromo i dotarłem do innej wąskiej ścieżki, idącej grzbietem. Prowadzi ona na szczyt Sokolej Góry.

    Ze szczytu widać olsztyński zamek
    Nie ma tutaj barierki. Trzeba uważać, żeby nie przejść ostatniej w życiu lekcji pokory
    Zapewne tutaj odbywa się naturalna selekcja uczestników pielgrzymek

    Tam napotkałem monumentalne ostańce skalne, punkt widokowy, jaskinie i grupę pielgrzymów. Pewnie zboczyli ze szlaku pielgrzymkowego biegnącego przez Sokole Góry i Olsztyn na Jasną Górę. Skoro o nich mowa, ścieżka schodząca ze szczytu (dosyć stromo) prowadzi do jeszcze jednej skały, zwanej Pielgrzym. z niej przeszedłem poza szlakowymi ścieżkami niezłej jakości z powrotem pod Biakło. Ogólnie w Sokolich Górach i na zamku napotkałem więcej turystów, niż w innych miejscach w okolicy, ale wciąż nie były to tłumy.

    Ciekawe, dokąd prowadzą te szlaki w Sokolich Górach? Może do podziemi

  • Częstochowa poza Jasną Górą: post-apokaliptyczne klimaty i wypoczynek nad Adriatykiem

    Częstochowa to nie tylko Jasna Góra. Oczywiście wszystko w tym mieście kręci się wokół religii, a kościoły są za każdym rogiem, ale jest tam dużo więcej atrakcji. Jest tutaj dosłownie wszystko – od plaży rodem znad Bałtyku po nietypowe rzeźby i zabytki ukryte przed większością turystów, a do tego kilka rynków i piękny kamieniołom.

    Data: jakoś między 12 a 18 lipca 2025

    Nie wszyscy wiedzą, że przez większość historii Częstochowa była tak naprawdę dwiema różnymi miejscowościami. Były to Częstochowa (w rejonie obecnej starówki) i Częstochówka (w okolicy Jasnej Góry). Obydwie istniały już w 1220 roku, a pewnie też wiek wcześniej. Prawa miejskie Częstochowa dostała w XIV wieku. Częstochówka pozostała wsią, ale otrzymała coś innego – ufundowano tam klasztor paulinów. Sprowadzono mnichów z Węgier i słynny obraz Matki Bożej z terenów obecnej Ukrainy.

    W XVI-XVII wieku klasztor otoczono fortyfikacjami i przekształcono go w porządną twierdzę. Dzięki temu, w 1655, oparł się atakowi Szwedów. W 1717 Częstochówka doczekała się praw miejskich.. 100 lat później wytyczono aleję Najświętszej Maryi Panny, która ułatwiła połączenie obu miast. Formalnie miejscowości złączono w jedną całość w 1826 roku. Pod koniec XIX wieku miasto bardzo rozwinęło się przemysłowo, powstała m.in. Huta Częstochowa, a w XX wieku przyłączono nowe dzielnice. Warto dodać, że przez pewien czas podczas II wojny światowej Częstochowa było stolicą Polskiego Państwa Podziemnego.

    W Częstochowie jest sporo śladów przeszłości, także tych mniej oczywistych

    Zwiedzanie zacząłem, jak zwykle, od starówki. Od parkingu w Galerii Jurajskiej przeszedłem ulicą Krakowską z zaniedbanymi kamienicami. Po chwili dotarłem do placu Jana Pawła II, przy którym znajduje się Bazylika Archikatedralna. Została zbudowana w stylu neogotyckim na początku ubiegłego wieku.

    Szczególnie piękny jest front bazyliki

    Potem obejrzałem inne ulice starego miasta z kamienicami, niestety również wymagającymi gruntownego remontu. Stary rynek z kolei był znacznie bardziej zadbany. Do tego wyróżniał się też czymś jeszcze: w innych miastach rzeźby raczej są na powierzchni, a tam – ponad rynkiem, na specjalnych drutach. Zresztą podobne rzeźby są można tez znaleźć w innych miejscach w centrum. Za rynkiem jest jeszcze jeden plac – plac Daszyńskiego, przy którym stoi skromny, ale też ładny kościół św. Zygmunta. Jest to najstarsza świątynia w mieście, zbudowana w XV wieku.

    Starówka jest klimatyczna, ale wymaga zmian
    Postaci balansują pomiędzy błękitnym niebem a spóźnionym autobusem MPK

    Dalej przeszedłem do północnej części starówki – ta sprawiała wrażenie trochę ładniejszej – i ulicą Warszawską dotarłem do mało znanego miejsca w mieście, czyli cmentarza żydowskiego. Znajduje się na ulicy Kawiej i ma formę wąskiego paska wciśniętego między budynek usługowy a jakąś działkę. Głównie pochowana jest tam ludność zamordowana w 1942 roku.

    Kirkut jest mocno zarośnięty i chyba nikt tam nie zagląda

    Później poszedłem zobaczyć zachodnią część centrum. Poszedłem najbardziej reprezentacyjną ulicą miasta, czyli aleją Najświętszej Maryi Panny, biegnącą prosto jak od linijki od starego rynku na Jasną Górę. Najładniejsze kamienice, ze sporą liczbą różnych sklepów, znajdują się właśnie wzdłuż niej. Po drodze jest plac Biegańskiego, dużo większy niż stary rynek. Na nim można zobaczyć pomnik Piłsudskiego, a wokół stoi wiele zabytkowych budynków. Najbardziej zwracają uwagę dwa. Pierwszy to ikoniczny czerwony ratusz, obecnie mieszczący muzeum.

    Józef Piłsudski stoi przy alei i pilnuje, żeby żaden pielgrzym nie zboczył w stronę McDonalda
    Charakterystyczny ratusz

    Drugi to kościół św. Jakuba apostoła. Jego bizantyjska, wschodnia architektura może dziwić, ale to nie przypadek – świątynia pierwotnie została zbudowana jako cerkiew. Po I wojnie światowej przejęli ją Katolicy, ale byli zbyt leniwi żeby ją przebudować.

    Wnętrze świątyni też pozostało w dużej mierze niezmienione

    Prawosławni się wkurzyli, że zabrano im cerkiew, i w latach 90. zbudowali nową. Stoi ona kawałek dalej na południe, za parkiem i obecnym urzędem miasta. Też zawiera typowe bizantyjskie elementy, np. kopuły.

    Malowidło z prawej jest nieistotne 😉

    Naprzeciwko znajduje się kościół ewangelicki postawiony przed I wojną światową, głównie z myślą o Niemcach zamieszkujących miasto. Jeśli by pójść dalej ulicą Śląską, jak ja, można też napotkać ciekawy PRLowski pomnik Poległym w Obronie Ojczyzny. Obok stoi nietypowy okrągły budynek – to Urząd Stanu Cywilnego. Na Środmieściu jest też kościół św. Stanisława Kostki z lat 80′, z ciekawą architekturą.

    Kościół ewangelicki
    Trener Rakowa Częstochowa, Marek Papszun, patrzy z wyższością na śródmieście

    Po obejrzeniu zabytków mogłem udać się do samej bazyliki jasnogórskiej, ale najpierw poszedłem zobaczyć rzadziej odwiedzane przez turystów miejsca. Niedaleko Jasnej Góry znajduje się kolejny rynek, czyli Rynek Wieluński, oraz odchodząca od niego ulica św. Rocha z małomiasteczkową zabudową. Są to pozostałości po centrum dawnego miasta Nowa Częstochowa (czyli wcześniejszej Częstochówki), istniejącego w 18. i 19. stuleciu. Na rynku stoi też ładny kościółek Jezusa Konającego. W międzyczasie zobaczyłem też kościół Podwyższenia Krzyża Świętego zbudowany po II wojnie światowej.

    Tak, znowu kolejny kościół

    Dalej minąłem spory zabytkowy cmentarz z 1641 roku (najstarszy w mieście) z dwuwieżowym kościołem św. Rocha i św. Sebastiana . Dalej poszedłem przez „tyły” Jasnej Góry ulicą św. Jadwigi, którą dotarłem do parku Lisiniec. Jest to całkiem spory i dosyć dziki, ale równocześnie dobrze zagospodarowany teren. Są tam korty tenisowe, park linowy, punkt gastronomiczny. Ale jego główną atrakcją są Pacyfik, Bałtyk i Adriatyk. Są to po prostu … stawy. Służą do wędkarstwa, można także po nich pływać (obok są wypożyczalnie sprzętu wodnego). Nad Adriatykiem można wypoczywać na usypanej kilka lat temu plaży z piaskiem przywiezionym z nadbałtyckiej Łeby. Po co więc wydawać grubą kasę na wyjazd do Chorwacji, skoro Adriatyk mamy też w Polsce, w Częstochowie?

    Pacyfik. I już można wstawiać na Instagrama z podpisem ‚egzotyczne wakacje’

    Po odpoczynku nad Bałtykiem przespacerowałem się nad brzegiem Pacyfiku i poszedłem ulicą świętej Barbary do ładnego kościoła tej samej świętej. Jest to jedna z najstarszych świątyń w Częstochowie, zbudowana w połowie 17. wieku, i posiada piękne zabytkowe wyposażenie. Za nim stoi skromna kaplica św. Anny, a w niej źródełko, z którym związana jest historia z odrobiną legendy.

    W 1430 grupa czeskich Husytów obrabowała klasztor na Jasnej Górze, w tym oczywiście ukradli obraz Matki Bożej. W czasie ucieczki porzucili jednak obraz na ziemię. Ujrzeli go przechodzący mnisi i przystąpili do modlitwy. Wtedy obok wytrysnęło źródełko, w którym obmyli obraz. Od tego czasu jest ono uznawane za cudowne. Po tym wydarzeniu obraz przewieziono do Krakowa i przeprowadzono jego konserwację, a potem w uroczystej procesji przewieziono z powrotem na Jasną Górę.

    Kościół św. Barbary. Rabusie zapewne tędy jechali z ukradzionym obrazem

    Za kościołem ulica zaczęła się piąć w stronę Jasnej Góry. Tam napotkałem prawdziwe królestwo komercji – ulica cała wypełniona kramami z najróżniejszymi produktami, ale w sumie czego innego można się spodziewać. Przemknąłem się na ich tyłach, aby nie wydać połowy zawartości portfela i udałem się do samej bazyliki. Niegdyś oblężona przez Szwedów, teraz przez turystów.

    Zbudowane z dbałością o każdy szczegół

    Architektonicznie robi duże wrażenie, i to nie tylko sama bazylika i jej wnętrze, ale także mury obronne wokół, i liczne rzeźby i armaty na wałach. Dodatkowo, można wejść na wieżę świątyni i podziwiać piękną panoramę miasta (niestety nie załapałem się na to, bo było już po 17:00). Organizacji ruchu turystycznego i pielgrzymkowego też nie można nic zarzucić.

    Mury robią wrażenie, a przecież kiedyś umocnienia były jeszcze większe

    Niestety jest to też miejsce, gdzie duchowość spotyka się z handlem i przegrywa na punkty. Między modlitwą a zakupem różańca świecącego w ciemności lub figurki Maryi trudno o skupienie. Szczególnie jeśli z głośników słychać księdza reklamującego książkę kucharską. Na koniec poszedłem jeszcze do pięknego, dwuczęściowego parku poniżej jasnogórskich błoni. Było tam kilka stawów i różne budyneczki i zdecydowanie mniej ludzi, choć też sporo.

    W parku

    Parę dni później postanowiłem zobaczyć chyba najbardziej znaną dzielnicę miasta, czyli Raków. Jest ona siedzibą jednego z najlepszych polskich klubów piłkarskich, czyli Rakowa Częstochowa. Oczywiście ta część miasta składa się głównie z bloków i umieszczonych na nich kibicowskich napisach, ale można tam znaleźć kilka ciekawych punktów.

    Zdobienia przy kościele św. Józefa

    Raków założono na przełomie XIX/XX wieku jako osiedle robotnicze powiązane z położoną blisko Hutą Częstochowa. Przez kilkadziesiąt lat był osobnym, nieźle zorganizowanym miasteczkiem. W XX-leciu międzywojennym Raków włączono do Częstochowy. Spacer rozpocząłem od stacji kolejowej. Osią dzielnicy jest aleja Pokoju, którą jeżdżą tramwaje do centrum Częstochowy. Tą właśnie aleją dotarłem do rakowskiego rynku (plac Orląt Lwowskich). Przy nim stoi dwuwieżowy kościół św. Melchiora Grodzieckiego.

    Kościół przypomina nieco latynoamerykańskie świątynie

    Stamtąd poszedłem do drugiego kościoła, czyli robotniczego sanktuarium św. Józefa. Kościół powstał w XX-leciu międzywojennym i otoczony jest krużgankami.

    Kościół wygląda, jakby był budowany w kilku etapach przez skłóconych architektów

    Kawałek dalej znajduje się kolejne mało znane miejsce z klimatem, czyli zabytkowe osiedle robotnicze z początku XX wieku. Wśród tradycyjnych ceglanych budynków można poczuć się jak w Chorzowie lub Katowicach. Oczywiście większość familoków już dawno powinna być wyremontowana, ale słabo utrzymane budynki stanowią też pół starówki, więc przywykłem już do tego. Spacer zakończyłem przy kluczowym miejscu całego miasta, czyli stadionie Rakowa Częstochowa.

    Raków chyba dostosowuje stadion do raczej słabego poziomu naszej ligi

    Klub został założony w 1921 roku, ale największe sukcesy (oczywiście tylko na poziomie krajowym) notował w ciągu kilku ostatnich lat. Wygląda jak stadion porządnego klubu, ale w wersji demo, albo wypasiony stadion klubu z okręgówki. Ale przecież nie liczy się miejsce, ale piłkarze, kibice i sukcesy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, tych kibiców jest dużo. Choć na trybunach mieści się tylko garstka z nich.

    Nazajutrz przyjechałem do miasta raz jeszcze, tym razem do jego wschodniej części. Zacząłem przy niezawodnej Galerii Jurajskiej i ulicą Olsztyńską przeszedłem do stadionu żużlowej drużyny Włókniarz Częstochowa. Ten oczywiście znacznie większy i bardziej porządny niż stadion piłkarskiego Rakowa. Następnie minąłem kościół Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych i udałem się nad Wartę. Na wale nad rzeką prowadzi ścieżka, którą poszedłem aż do ulicy Legionów.

    Nad Wartą

    Kawałek dalej czekała na mnie kolejna atrakcja, czyli – rozreklamowany przez nieaktualne przewodniki – Park Miniatur. Dlaczego nieaktualne? Park został założony w 2011 i umieszczono w nim wiele miniatur obiektów sakralnych z całego świata. Był tam też park linowy, sporej wielkości figura Jana Pawła II i inne figury świętych oraz wiele innych atrakcji. Na początku miejsce prosperowało, ale z czasem liczba odwiedzających zaczęła maleć, a właściciele nie zrobili z tym nic. Z biegiem lat park zaczął popadać w coraz większą ruinę.

    Na teren wszedłem od strony ulicy Zielonogórskiej i od razu napotkałem obraz nędzy i rozpaczy. Co pozostało po czasach świetności? Porysowana figura papieża, kilka domków letniskowych w ruinie i na wpół rozwalone miniatury kościołów. Spacerując między nimi czułem się jak bohater jakiegoś filmu post apokaliptycznego, który przechodzi między budynkami zniszczonymi przez żywioł. Park Miniatur Sakralnych jest dziś bardziej parkiem egzystencjalnych pytań. Człowiek idzie tam po duchowość, a wychodzi z przekonaniem, że Bóg chyba inwestuje już w inne nieruchomości.

    Zaraz za miniaturami znajduje się piękny kamieniołom wapienniczy na Złotej Górze. Białe, poszarpane ściany robią wrażenie. Wspiąłem się stromymi ścianami na górę. Można też dostać się tam łagodniejszą ścieżką albo ulicą Złotogórską.

    Kamieniołom na Złotej Górze

    Można też tam dojechać samochodem, a obok znajduje się parking. Na górze prowadzi krótka ścieżka wzdłuż kamieniołomu, z której można podziwiać widok na sporą część Częstochowy, m.in. stadion żużlowy, katedrę, Jasną Górę i wszechobecne blokowiska.

    Widok na centrum, z lewej statua Jana Pawła II
    Widok na dalszą część miasta

    Po obejrzeniu kamieniołomu i panoramy miasta skierowałem się przyjemną polną drogą, a potem ulicą Mirowską. Minąłem nowy kościół św. Jana z Dukli i dotarłem do wału nad Wartą.

    Kościół św. Jana z Dukli

    Tereny są świetne na wycieczkę rowerową lub dłuższą pieszą wędrówkę – wałem można dotrzeć prawie do Mstowa. Ja jednak poszedłem w drugą stronę, mijając pomnik Jezusa – punkt orientacyjny dla osób jadących na Jasną Górę od północy – i dotarłem na starówkę.

    Na starówkę która, choć zaniedbana, ma swój urok, podobnie jak inne ciekawe miejsca w różnych częściach miasta. Dlatego warto je odwiedzić.

  • Mstów – turystyczna perełka, gdzie kochankowie zamienieni są w skałę, a ze wzgórz widać wielką historię

    W cieniu Częstochowy kryje się urokliwa wieś. Niegdyś ważniejsza i większa od Częstochowy. Dziś pozostały tam zabytkowe stodoły, piękne skały, widoki i małomiasteczkowa atmosfera.

    Data wycieczki: 16 lipca 2025

    Będąc w pobliżu Częstochowy wybraliśmy się do ładnej, ale niedocenianej miejscowości, leżącej w dolinie Warty zaledwie kilkanaście kilometrów od miasta, czyli Mstowa. Miejscowość istniała już na pewno w XII wieku, co czyni ją jedną z najstarszych w całym kraju. W 1212 roku odbył się tam synod polskich biskupów, a w 1279 Mstów formalnie został miastem. W ciągu historii odwiedzało go wielu władców Polski, a do XVI wieku znacznie przewyższał Częstochowę wielkością i znaczeniem. Stanowił gospodarcze i administracyjne centrum regionu. Potem jego rola zaczęła słabnąć. Po powstaniu styczniowym, w czasie którego mieszkańcy pomagali powstańcom, za karę odebrano prawa miejskie i do dziś Mstów ich nie odzyskał.

    W Mstowie można podziwiać przełom Warty

    Dojazd był łatwy i pod koniec prowadził przez bardzo malownicze tereny wiejskie, ale problem pojawił się w samym Mstowie. Nie było miejsca do zaparkowania na darmowym parkingu na mstowskim rynku – była to pora robienia zakupów i wielu mieszkańców zjechało się do centrum. Po kilku minutach krążenia wokół placu udało się w końcu się znaleźć miejsce. Poszedłem więc obejrzeć urokliwe, małomiasteczkowe centrum miejscowości z rynkiem, zabytkowymi kamienicami i klimatycznymi domami, ustawionymi wzdłuż czterech odchodzących od rynku ulic.

    Rynek

    Następnie poszedłem nieco na południe, aby zobaczyć unikatową atrakcję, czyli… zespół starych stodół. Większość z nich powstała w XIX wieku. Dalej udałem się polną drogą, nazwaną na Mapach Google ulicą Brzozową, jeszcze dalej w stronę Srocka. Droga wiodła bardzo malowniczym, pagórkowatym terenem. Po kilkunastu minutach wędrówki skręciłem w lewo, a potem raz jeszcze w lewo i wyszedłem na wzgórze Skarżawa. Z podejścia rozciągały się ładne widoki na okolice. Widać było też zamek w Olsztynie.

    Fragment jednej ze starych stodół
    Widok spod Skarżawy

    Potem poszedłem z powrotem do Mstowa polną drogą równoległą do głównej drogi Małusy Małe-Mstów. W polach rozmieszono było sporo kapliczek i krzyży urozmaicających krajobraz. Oprócz wiejskich krajobrazów czekały na mnie też inne atrakcje, czyli… duże, otwarte sady pełne jabłek i śliwek. W ogóle cała okolica słynie ze świetnych jabłek. Wyposażony na dalszą drogę skręciłem w prawo, a potem ulicą Spacerową i Sportową dotarłem do podnóży wzgórza Wał. Wejście na nie nie było najlepszą decyzją – ścieżka, na początku zachęcająca, później stała się stroma, zarośnięta i wąska. Obok zarośnięte schody przypominały o dawnej świetności miejsca. Na szczycie znajduje się krzyż i punkt widokowy z panoramiczną tablicą wyjaśniającą, co widać. Ale widoki nie lepsze niż spod Skarżawy. Nie polecam.

    Skała Miłości

    Po zejściu ze wzgórza poszedłem zobaczyć inne atrakcje wsi. Przeszedłem przez Wartę nowym mostem obok stadionu LKS Warta Mstów i dotarłem do niewielkiego zalewu Tasarki z plażą. Dalej malowiczą dróżką nad rzeką poszedłem do przewodnikowej atrakcji miejscowości, czyli Skały Miłości. Związana jest z nią legenda.

    Kawałek powyżej jest Góra Szwajcera, z której rozciąga się widok na całą miejscowość.

    Widok na wieś

    Na koniec zobaczyłem, wciąż otoczone murem, klasztor i sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Mstowskiej. Kościół i klasztor zostały wybudowane w XIII wieku, ale parafia istniała tam już wcześniej. Świątynia ma dwie wieże i została przebudowana w stylu późnobarokowym. Teren otacza mur obronny zniszczony w czasie Potopu szwedzkiego, później odbudowany. W środku – obraz Matki Bożej będący kopią Częstochowskiej Madonny.

    Fragment murów klasztoru

    Warto dodać, że w miejscowości odbywają się też spływy kajakowe po Warcie.

  • Polsko-słowackie trio: gdzie krowy oglądają widoki, a Maryja ma prąd ze Słońca

    W pewną letnią niedzielę pojechaliśmy sobie spontanicznie na Żywiecczyznę, do końca nie wiedząc jakie miejscowości odwiedzimy. Niestety pogoda nie była wymarzona, bo jak nie pochmurno, to upalnie.

    Trafiliśmy na wsie z autentyczną atmosferą. To tereny z sielskim klimatem, religijnymi atrakcjami i górami dla tych, którzy nie lubią gór (oraz dla tych, którzy je lubią). Miejsca, gdzie granica państwowa nie ma wielkiego znaczenia, a wśród wiejskich krajobrazów kryją się niespodziewane ciekawostki.

    Data wycieczki: 29 czerwca 2025

    Ujsoły

    Pojechaliśmy najpierw do Ujsołów. Dlaczego? Lubimy odkrywać pozornie nieciekawe miejsca i udowadniać, że są bardziej interesujące niż się wydaje. Zatrzymaliśmy się w centrum, pod amfiteatrem. Tak, dosłownie pod dachem amfiteatru. W czasie, gdy nie odbywają się tam jakieś wydarzenia, miejsce służy jako parking, oczywiście darmowy. Nie żeby wiele turystów chciało tam parkować, ale miło że lokalne władze wpadły na taki pomysł.

    Krajobraz wsi

    Jedyne dwa pełnoprawne zabytki w Ujsołach to cmentarz z początku XX wieku i kaplica, tzw. U Koconia, zbudowana w 18. stuleciu (obok obecnej remizy OSP). Oprócz tego zwraca uwagę budynek kościoła, zdecydowanie najwyższy we wsi. Wybudowano go, mimo różnych przeszkód, w pierwszej połowie ubiegłego wieku. I tyle.

    Kościół św. Józefa Robotnika

    Obejrzałem centrum wsi i przeszedłem się krótkim deptakiem nad rzeką Bystrą. Na koniec wspiąłem się się na skromny punkt widokowy, z którego widać sporą część miejscowości. Dochodzi się tam w kilka minut ścieżką od ulicy Dziedziców. Oczywiście takich punktów widokowych jest więcej, jako że wieś jest otoczona ze wszystkich stron górami. Jest też niezłym miejscem do rozpoczęcia górskiej wycieczki po Beskidzie Żywieckim, np. na Wielką Rycerzową lub Krawców Wierch.

    Wieś jest wciśnięta pomiędzy góry. Z tyłu Javorina i inne szczyty na granicy ze Słowacją

    Po spacerze zjedliśmy bardzo dobre i sycące zapiekanki w lokalnej małej restauracji przy amfiteatrze. Budynek niepozorny, ale jedzenie świetne i nie za drogie. Oczywiście oferują różne dania, ale zapiekanki są ich specjalnością. Bardzo polecam to miejsce.

    Rzeka Bystra i amfiteatr parkingowy

    Niestety okazało się, że z udowodnienia atrakcyjności Ujsołów nie wyszło nic, a największą atrakcją wsi okazała się knajpka z zapiekankami. Ale to nie był jeszcze koniec wycieczki.

    Zákamenné (Zakamienny Klin)

    20 minut samochodem z centrum Ujsołów znajduje się piękna słowacka wieś Zákamenné (a przed nią nie mniej urokliwa Novoť). Obydwie miejscowości położone są wśród malowniczych wzgórz i gór z wieloma pastwiskami i łąkami. Dzięki temu jest tam niezliczona ilość punktów widokowych, a także wieże widokowe i sporo innych ciekawych miejsc.

    Samo Zákamenné zostało założone w 1615. Obecnie jest bardzo rozległą miejscowością i liczy 5 700 mieszkańców, co czyni ją największą wsią w powiecie Námestovo. Jednak cechą najbardziej wyróżniającą Zákamenné i okolice jest ich gwara. Lokalni mieszkańcy mówią gwarą orawską (oravské nárečie). Jest to specyficzna mieszanka słowackiego i polskiego z elementami góralskimi. Ukształtowała się, bo mieszkańcy okolic żyją ciągle niejako „jedną nogą na Słowacji, drugą w Polsce”. I tak ani Polacy, ani Słowacy z Bratysławy czy Spiszu, nie zrozumieją ich prawidłowo.

    Okolice obfitują w piękne szlaki

    Żeby dojechać do dwuwieżowego kościoła Wniebowzięcia Maryi w Zákamenném, z 1901 roku, trzeba było sporo i dosyć stromo podjechać od głównej drogi. Tam też zaparkowaliśmy, za darmo. Nieco poniżej kościoła jest niewielki park nad potokiem.

    Zmarli mają lepszy widok niż większość mieszkańców

    Równie ładny widok mają krowy pasące się wyżej przy ulicy Vojtaššáka. Zresztą są chyba z tego zadowolone, jedna nawet mi pomachała kopytem (naprawdę).

    Kościół w Zakamiennym Klinie

    Za krowami zaczyna się kolejna atrakcja okolicy, czyli Zákamenská kalvária. Zespół kaplic na stoku został zbudowany w połowie XIX wieku. Najładniejsza jest ta ostatnia, z drewanianą wieżą. Spod niej widać też sporą część wsi.

    Na szczycie kalwarii jest płasko, ale podejście do najłatwiejszych nie należy

    Ze szczytu kalwarii poszedłem malowniczym, grzbietowym szlakiem zielonym do umieszczonej kilometr dalej wieży widokowej. Wieża jest drewniana i ma 15 metrów, co zupełnie wystarcza do podziwiania z niej pięknych widoków na wieś i okoliczne góry, a także dalsze szczyty Beskidu Żywieckiego. Przy dobrej widoczności można zobaczyć Tatry (ale nie w czasie mojej wycieczki, przeważnie nie mam szczęścia do widoczności). Oczywiście wejście jest bezpłatne.

    Wieża przywodzi na myśl tę na Starym Groniu koło Brennej. Tylko że tutaj jest ładniej

    Nie zakończyłem jednak na tym swojej wędrówki i poszedłem dalej, tym samym malowniczym i widokowym szlakiem na Maršalkov grúň (934 m n.p.m.). Po drodze minąłem opuszczony dom w całkiem dobrym stanie. Ze szczytu zszedłem na przełęcz z urokliwą kapliczką Matki Bożej Siedmiu Boleści. Co ciekawe, na jej dachu zamontowano… niewielki panel fotowoltaiczny. Obok można odpocząć na nieco zniszczonych ławkach, ale nie byłem jeszcze zmęczony, więc podążyłem dalej, czyli w dół w kierunku wsi. Trasa wiodła nieoznakowaną polno-leśną drogą w niezłym stanie.

    Za kaplicą można iść dalej szlakiem w stronę Polski
    Droga z Maršalkov grúňa do wsi

    Ostatnią część trasy musiałem przejść przez wieś, ale ona też miała swój klimat i sporo starych domów. Na koniec minąłem nowszy kościół św. Józefa i skierowałem się na parking przy starym kościele.

    Chatka w Zákamenném

    Trasa ma dokładnie 10 kilometrów i według strony mapy.cz można ją przejść w 3 godziny. Mnie zajęło to 2 godziny. Jest to dość popularne miejsce wśród turystów – zarówno polskich, jak i słowackich. Jednak niewielu z nich dociera dalej niż do wieży. A przecież za nią też są piękne tereny do spacerów. Jedyne trudniejsze fragmenty to podejście na kalwarię i zejście z kaplicy „fotowoltaicznej” do wsi. Te dwa są dosyć strome.

    Mapa Zákamennégo i okolic

    ‎Oczywiście podczas tej wycieczki zobaczyłem tylko niewielką część urokliwej okolicy Zákamennégo, więc obiecałem sobie, że tam na pewno jeszcze wrócę. Wiem, że mówię to w prawie każdym wpisie, ale tutaj naprawdę muszę wrócić.

    Soblówka

    Na koniec pojechaliśmy do Soblówki. Wieś leży w dolinie i na stokach okolicznych gór, dzięki czemu wygląda dosyć sielsko. Jest dobrym miejscem wypadowym na różne szczyty Beskidu Żywieckiego. Została założona przez wołoskich pasterzy, obecnie skupia się głównie na turystyce.

    Dzięki położeniu w dolinie i na stokach, poza głównymi drogami, wieś na bardzo przyjemną atmosferę

    Zaparkowaliśmy w centrum, jak zwykle bezpłatnie. Obok parkingu jest ładny drewniany kościół z osobną dzwonnicą, którego budowę ukończono w 1950 roku.

    Kościół z dzwonnicą

    Od razu udałem się w kierunku gór. Minąłem leśniczówkę i doszedłem do rozstaju dróg. Doliną po prawej szedł zielony szlak na przełęcz Przysłop i czarny na Rycerzową. W lewo – żółty w kierunku góry Oszust i Oravskiej Lesnej. Ja jednak wybrałem trzecią opcję, czyli nieoznakowaną drogę pomiędzy nimi. Po chwili łagodnego podejścia przez rzadki las dotarłem na mini punkt widokowy, skąd było widać część Soblówki i niektóre okoliczne góry.

    Dalej droga biegła aż na przełęcz Przysłop na granicy ze Słowacją. Nie dotarłem jednak do przełęczy, a zszedłem łącznikową ścieżką do szlaku zielonego w dolinie. Ścieżka jest niezłej jakości, z wyjątkiem dolnej części. Do centrum wróciłem asfaltową drogą w dolinie, na przemian przez las i wśród domów. Potok przepływający tamtędy nosi nazwę Cicha, ale wcale nie było tam cicho, bo oprócz szumiącego potoku słychać było dobrze bawiących się przy domach lokalsów i turystów.

    Na leśnej drodze

    Czasami nie potrzeba niesamowitych atrakcji. Wystarczy przyjemny, sielski klimat i natura. Dlatego właśnie polecam te miejsca.

  • Krásnohorské Podhradie – tam, gdzie kończy się droga, część 2

    W poprzednim wpisie opisałem pierwszą połowę wyjazdu na słowacko-węgierskie pogranicze, z wędrówkami po krasowych dolinach i płaskowyżach, górską wycieczką donikąd i różnorodną wsią Krásnohorské Podhradie. Teraz czas na dalszą część.

    Jadąc na kraniec Słowacji trzeba wiedzieć, że czasem nie będzie łatwo – momentami ciężko będzie gdzieś przejść lub przejechać. Za to można zobaczyć miejsca, które nie potrzebują atrakcji, wystarczy swojska atmosfera i to, że przetrwały wieki bez wielkich zmian. Ale atrakcje też mają.

    Data wyjazdu: 21-22 czerwca 2025

    Rożniawa

    W sobotę wybraliśmy się do lokalnego centrum cywilizacji, czyli Rožňavy. To tam, jeśli jedziemy od strony Popradu, zaczynają się dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. A co za tym idzie, od tego miasta zaczyna się teren zamieszkany w sporej części przez Węgrów.

    Miasto zostało założone w XIII wieku. Już od początku było ważnym ośrodkiem górniczym. Wydobywano tam m.in. złoto i srebro. Gospodarka załamała się się w czasie najazdów Turków Osmańskich, ale później górnictwo powróciło (tym razem głównie żelaza). Obecnie miasto jest stolicą regionu Gemer i liczy 17 tysięcy mieszkańców, z czego 1/5 to Węgrzy.

    Miasto nie jest połączeniem zabytków i nowoczesności. Poza dwoma budynkami z prawej, nic nowoczesnego tam nie ma

    Na pierwszy rzut oka Rożniawa wygląda na zwykłe słowackie miasteczko. Nic bardziej mylnego. Bliżej mu do zwykłego węgierskiego miasteczka.

    Oczywiście żartuję. Wcale nie jest zwykłe, tylko trzeba je odkryć. Nie pomaga w tym fakt, że niektóre zabytki sprawiają wrażenie celowo ukrytych, jak kościół ewangelicki z 18. wieku. Stoi na podwórku między dwiema ulicami, zasłonięty przez kamienice. Przez to jest prawie niewidoczny.

    Zwiedzanie rozpocząłem od ulicy Čučmianskiej, gdzie na darmowym osiedlowym parkingu pozostawiliśmy samochód. Zaraz obok, przy ulicy Čučmianskiej dlhej, stoi wiele tradycyjnych, wydłużonych domów. Mieszkają w nich po sąsiedzku Węgrzy, Romowie i Słowacy.

    Tradycyjne słowacko-węgierskie domy

    Dalej przeszedłem obok szpitala i minąłem zabytkowy cmentarz z 18. stulecia, z wieloma starymi nagrobkami i rzeźbami. Stamtąd już tylko dwa kroki do Námestia Baníkov, czyli rynku. Wokół placu koncentruje się większość zabytkowych budynków. Jednak najważniejsze są dwa obiekty. Jednym z nich jest katedra Wniebowzięcia NMP. Sam kościół został zbudowany w stylu gotyckim w XIII-XIV wieku. Najbardziej zwraca uwagę osiemnastowieczna dzwonnica oraz bogate wyposażenie i wnętrze.

    Katedra jest wyższa, niż się wydaje

    Drugim ważnym budynkiem jest wieża strażnicza. Została zbudowana w połowie 17. wieku na samym środku rynku, aby skuteczniej bronić miasto przed Turkami. Mierzy ponad 30 metrów, a z jej szczytu rozciąga się piękny widok na miasto i okolice. Do wieży przylega skromny kościół św. Franciszka Ksawerego, powstały w podobnym czasie. Przed nimi stoi pomnik Františky Andrášiovej. Na rynku wyróżniają się też trzy inne budynki, czyli niebieski Ratusz Miejski, osiemnastowieczny kościół św. Anny i bogato zdobiony Pałac Biskupów, z kolumną maryjną obok.

    Z lewej wieża strażnicza i kościół jezuicki, z prawej katedra, kościół św. Anny i kolumna maryjna

    Poza starym miastem też jest kilka ciekawych punktów. Jeśli pójdziecie z rynku ulicą Kósu-Schoppera, tak jak ja, natraficie na żółty budynek szkoły z ładną kaplicą Bożego Serca pośrodku. Stamtąd można pójść w rejon ronda, gdzie stoi charakterystyczny kościół kalwiński i kilka nowszych budynków, m.in. miejski teatr.

    A do tego jest tam taki wagonik, nawiązujący do tradycji górniczych. Do czego nawiązuje lekko zażenowany niedźwiedź na rowerku?

    Dalej poszedłem do małego parku przy ul. Hviezdoslavovej, w którym stoi pomnik zwycięstwa nad faszyzmem postawiony w czasach komunistycznych. W Rożniawie jest też drugi, bardziej przyjemny park, który ma nazwę Póschova záhrada.

    Pomnik bardzo mocno udekorowany. Oczywiście to nie flagi rosyjskie, ale słowackie

    Na koniec poszedłem do jednego z ulubionych przez lokalsów miejsc spacerowych, czyli pól położonych między ulicą Ružovą a zalesionymi stokami góry Rákoš. Na dole, przy ulicy stoi skromny pomnik upamiętniający wizytę Jana Pawła II. Z tego miejsca można podejść wyżej, aby podziwiać ładny widok na miasto i okoliczne góry.

    Jeśli dobrze się przypatrzyć, można dojrzeć wieżę katedry

    Drugim niezłym punktem widokowym na miasto jest ten ponad barokową kalwarią górującą nad starówką. Niestety, z pewnych przyczyn, nie dotarłem tam, ale naprawdę warto.

    Silica

    Po południu pojechaliśmy na leśny spacer do wsi Silica, słynącej z jaskiń i form krasowych. Droga do wsi wiodła obszerną doliną między krasowymi płaskowyżami. Majestatycznie prezentował się mijany kamieniołom w Slavcu. Tam też odbiliśmy w leśną drogę, prowadzącą na Płaskowyż Silicki (Silická planina). To jedno z tych miejsc gdzie GPS pyta, czy na pewno chcemy tam jechać. Droga pełna zakrętów, niezwykle kręta i słabiej utrzymana niż większość dróg w okolicy. Co najciekawsze, jeżdżą tamtędy busy na przystanek w Silicy.

    Krajobraz płaskowyżu jest naprawdę sielski

    Nie dojechaliśmy do samej wsi, ale zostawiliśmy samochód na parkingu przy szlaku do Jaskini Silickiej (Silická ľadnica). Po kilku minutach, dotarłem stamtąd do pierwszej jaskini, czyli Babskiej diery. Jaskinia ma długość 45 metrów, jej eksploracja rozpoczęła się w 1959 roku i nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników. Znaleziono tam fragmenty ludzkich kości oraz maskę wykonaną z twarzowej części ludzkiej czaszki. Prawdopodobnie była używana do rytuałów w epoce brązu. Nie było wtedy internetu, więc ludzie musieli sobie jakoś inaczej wypełniać czas. Na przykład, bawiąc się czaszką sąsiada.

    Babską dierę nie tylko łatwo przeoczyć, ale też łatwo do niej wpaść

    Babska diera znajduje się nieco poza szlakiem, więc łatwo ją przeoczyć idąc do głównej atrakcji okolicy, czyli samej Silickiej ľadnicy. Znajduje się kilka minut dalej spacerem od pierwszej jaskini i robi zdecydowanie spore wrażenie już z zewnątrz. Ma potężne skalne ściany, a ze środka bije zimno jak w lodówce. Miejsce było już znane na początku 17. wieku i od tego czasu znaleziono tam wiele artefaktów z różnych epok. Jej skalne korytarze ciągną się pod ziemią na ponad 2 kilometry. Do wylotu jaskini prowadzą schodki (polecam wziąć coś cieplejszego do ubrania), w zimniejszych miesiącach można tam nawet podziwiać lodospad. Niestety zwiedzanie dalszej części jest niemożliwe.

    Wylot jaskini
    Masywne skalne ściany przy Silickiej ľadnicy

    Stamtąd udałem się żółtym szlakiem w kierunku wsi. Do wyjścia z lasu trasa była bardzo przyjemna. Prowadziła wśród lejów krasowych, wspomnianych już w poprzednim wpisie. Są to zagłębienia w kształcie mis, powstałe przez rozpuszczanie wodą wapiennych skał. Po drodze spotkałem też sympatyczną lokalną rodzinkę. Miło przestało być w momencie, kiedy skończył się las. Wtedy ścieżka zamieniła się w łąkę, a rośliny sięgały po pas. Nie jestem jednak z tych, co szybko się poddają, więc nieco poparzony pokrzywami dotarłem do wsi.

    Oto szlak żółto-czerwony do Silicy

    Miejscowość jest idyllicznie położona wśród wzgórz i na wzgórzach. Góruje nad nią kościół z 13. wieku. Mają też mniejszy, nowszy kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Sporo tam tradycyjnych, długich domów. Wieś jest zamieszkana w około 90% przez Węgrów.

    Krajobraz wsi, w tle zabytkowy kościół

    Wróciłem do jaskini tą samą trasą (tak, mało mi było wrażeń z pokrzywami) i poszedłem jeszcze szlakiem żółtym w drugą stronę. Wąska, leśna ścieżka (później szersza) lawirowała wśród licznych lejów krasowych. Te tutaj robiły największe wrażenie spośród wszystkich napotkanych przeze mnie w tej części Słowacji.

    Betliar

    Ostatniego dnia, aby skorzystać jeszcze z wyjazdu, pojechaliśmy do oddalonego o kilkanaście minut samochodem Betliaru. Z pozoru zwykła wieś, jak każda inna w okolicy, ale zaraz za nią znajduje się bardzo ciekawe miejsce, czyli park z pałacem i różnymi innymi smaczkami. Sama miejscowość istniała już w 1330 roku. W czasach rewolucji przemysłowej była ośrodkiem hutnictwa żelaza.

    Betliar jest bardzo malowniczo położony

    Gdy dojechaliśmy tam o 8:30, parking przy parku był właściwie pusty i można było wybrać sobie miejsce. Około 11:00, gdy wyjeżdżaliśmy, jedynym wyborem, jaki mieli właściciele samochodów to czy zostawić auto dalej od parku (przy sklepie COOP Jednota) czy zrezygnować. Jak widać, teren przyciąga wielu turystów, a Słowacy to tylko ich niewielka część. Opłata za parking to 3 € za cały dzień.

    Tradycyjne domy we wsi

    Na początku poszedłem obejrzeć samą wieś. Oczywiście pełno w niej tradycyjnych, wydłużonych słowackich domów. Oprócz tego są tam dwa ciekawe kościoły. Jednym z nich jest gotycki kościół katolicki św. Elżbiety, postawiony w XIV wieku. Drugim – kościół ewangelicki, zbudowany w 1794 roku. Jego postawienie możliwe było dzięki Edyktowi Tolerancyjnemu cesarza austriackiego Józefa II. Zezwolił on na budowanie ewangelickich świątyń, ale nie mogły one mieć wież i ozdobnych fasad, i w ogóle powinny były nie rzucać się w oczy. Czyli niby tolerancja, ale pod warunkiem, że jest po myśli cesarza. Kościół w Betliarze ma oczywiście wieżę i zdobienia, ale dobudowano je później. Ironicznie, obecnie jest wyższy i bardziej zwraca uwagę niż katolicka świątynia.

    Kościół ewangelicki, „tolerancyjny”

    Po spacerze po wsi przyszedł czas na zwiedzenie pięknego parku w stylu angielskim. Park powstał w XVIII-XIX wieku i jest największym tego typu założeniem na Słowacji. Są tam różne gatunki drzew (wszystkie podpisane), w tym sprowadzane z Ameryki i Azji oraz rodzime drzewa w pełnej krasie. Po całym terenie rozrzucone są różne ciekawe budyneczki, altanki, i inne podobne.

     Hermesova studňa z XIX stulecia
    Sztuczny wodospad w parku ma 9 metrów, co czyni go najwyższym tego typu w kraju

    Centrum parku stanowi pałac. Został zbudowany na początku 18. wieku, na miejscu starego zamku Bebekovców. Był porządną, reprezentacyjną siedzibą lokalnego rodu Andrássy. Tak, znowu ten sam ród. Byli właścicielami zamku w Krásnohorskim Podhradiu, pochowani w mauzoleum w tej wsi, mieli pomnik w Rożniawie, pałac i park w Betliarze, a to nie wszystko. Jeśli w okolicy jest coś starszego niż sto lat, można założyć, że miało coś wspólnego z rodem Andrássych. Ewentualnie z ich jamnikiem. Przyczyna ich bogactwa? Prężne górnictwo w regionie i bardzo bliska znajomość z cesarzową Sisi.

    Pałac był dwukrotnie przebudowywany. W środku kryje około 14 tysięcy starych książek w bibliotece założonej w 1790 roku. Z tego czasu pochodzi też większość bogatego wyposażenia wnętrz pałacu. Po obejrzeniu pałacu, niestety tylko od zewnątrz, przeszedłem przez cały park, aż do znajdującego się na jego końcu stawu.

    Pałac w Betliarze
    Budynek w parku, część dawnego Zwierzyńca Betliar, w którym odbywały się m.in. polowania

    Po wyjściu z parku pojawiło się pytanie, co dalej? Są dwie możliwości: wędrówka szlakiem żółtym w stronę okolicznych szczytów górskich lub dalszy spacer doliną. Ja wybrałem drugą opcję i tutaj ciekawostka: wyjście z parku prowadzi do asfaltowej drogi, ale już po chwili trasę zagradza zamknięta brama. Na drugą stronę można przedostać się jedynie drabiną zamontowaną na ogrodzeniu obok. Z rowerem lub wózkiem byłoby ciężko.

    To chyba jedyna opcja wyjścia z parku od tyłu

    Dalej droga idzie łagodnie ale stale w górę, mijając leśne gospodarstwo ze stawami. Następnie dochodzi do urokliwego drewnianego budynku. Kawałek za nim kończy się asfalt i stoi leśna szkieletowa stodoła wypełniona sianem i narzędziami. Stamtąd wróciłem tą samą drogą przez dolinę i przeszedłem raz jeszcze przez park. Warto jeszcze dodać, że o ile w parku można znaleźć sporo cienia w upalne dni, to na drodze za nim, w dolinie, już niekoniecznie.

    Chałupa-stodoła w dolinie

    Na tym trzeba było zakończyć wyjazd i wrócić do zwyczajnej rzeczywistości. Bez sielskich wsi, bez zamków remontowanych od 13 lat, bez zarośniętych szlaków, bez tirów jeżdżących o 4 nad ranem, bez rodu Andrássych na każdym kroku. Ale myślę, że kiedyś tam wrócimy.

  • Krásnohorské Podhradie – tam gdzie nie docierają tłumy, część 1
    Okolice Słowackiego Krasu to tereny poza utartymi szlakami. Zapraszam Was do krainy pięknych krajobrazów, zabytków harmonijnie wpisanych w naturę i wsi z dala od cywilizacji. A to wszystko ze świetną infrastrukturą!

    W pewnym czerwcowym tygodniu postanowiliśmy wybrać się na koniec Słowacji.

    Data wyjazdu: 19-20 czerwca 2025

    Jechaliśmy tam przez Podhale i Poprad, a następnie drogą 66 przez góry. Jej najciekawszym elementem były serpentyny, które w końcu doprowadziły na przełęcz. Trzeba uważać, żeby nie wypaść z drogi, oglądając rozciągające się stamtąd widoki na okoliczne góry, m.in. Muranską Planinę, i okoliczne miejscowości. Dalej znajdował się jeszcze jeden punkt widokowy, tym razem na malownicze jezioro w Dedinkach. Następnie trasa przebiegała przez urokliwe słowackie wioski w dolinie i finalnie dotarliśmy do celu, czyli wsi Krásnohorské Podhradie. Miejscowość i jej okolice leżą zaraz przy granicy z Węgrami, wśród malowniczych płaskowyżów Słowackiego Krasu.

    Zatrzymaliśmy się w wynajętym pokoju w Ubytovaniu Barborka. Standard i czystość bardzo dobre, cena też przyzwoita, właściciele pomocni, ale nie nachalni. Położenie przy głównej drodze było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, bo można było łatwo dojechać do wszystkich ciekawych miejsc w okolicy, ale z drugiej strony ciężko było zasnąć w nocy przy ciągle przejeżdżających tirach. Jednak i do tego dało się przyzwyczaić. Ogólnie bardzo polecam to miejsce.

    W pierwszy dzień wyjazdu wypadło Boże Ciało. Słowacy świętują go religijnie tak samo jak Polacy, ale w odróżnieniu od nas muszą wtedy normalnie pracować. A więc wszystkie sklepy COOP Jednota oraz stacje benzynowe spotkane po drodze, które przetrwały próbę czasu (czyli niewiele z nich) zwyczajnie działają, ale też na płatnych parkingach trzeba wyciągnąć z portfela parę euro.

    Zádielska dolina

    Po rozpakowaniu się, jako że było zbyt gorąco na obejrzenie wsi, którą i tak traktowaliśmy raczej jako bazę wypadową, pojechaliśmy do oddalonej o 20 minut Zádielskiej Doliny, po drodze oglądając kolejne widoki na okoliczne góry i wioski. Dolina położona jest za malutką, urokliwą wsią Zádiel. Miejscowość istniała już na pewno w 1317 roku, a pewnie i wcześniej. Jest tam kościół ewangelicki z XVIII wieku.

    Takich skalnych przejść jest więcej

    Najlepiej zostawić samochód na parkingu zaraz przy wejściu do doliny. Płatny 3 € za cały dzień za osobówkę (o 15:30 nikt już nie zbierał opłat). O ile na zwykłym terenie było wtedy powyżej 30°C, to w dolinie panował przyjemny chłód, momentami nawet nieprzyjemny. Z parkingu prowadzi trzykilometrowa trasa wąwozem krasowym nad potokiem z niewielkimi wodospadami. Dolina z obu stron urozmaicona jest imponującymi skałami i gruzowiskami. W najwęższym miejscu ma 10 metrów szerokości i jest najgłębszym wąwozem w kraju. Wśród skał ulokowane są też liczne jaskinie, na ogół niedostępne dla turystów. Na koniec dochodzi się do Zádielskiej Chaty, gdzie można napić się lokalnego piwa i coś zjeść.

    Potężne skały ponad doliną

    Po odpoczynku w chacie można jeszcze udać się w głąb doliny lub asfaltową drogą w kierunku wsi Bôrka, albo zielonym czy żółtym szlakiem na otaczające dolinę płaskowyże. Ja jednak wybrałem inną opcję, czyli przejście niebieskim szlakiem do punktu widokowego Na Skale. Kilkunastominutowe, niezbyt strome podejście prowadzi na niewielki taras widokowy. Widok to połączenie przyrody i przemysłu – za płaskowyżami ponad doliną widoczna jest cementownia koło pobliskiej Turňi.

    Chatka przy szlaku na punkt widokowy

    Krásnohorské Podhradie

    Po powrocie do Krásnohorskégo Podhradia i krótkim odpoczynku wyruszyłem na zwiedzanie wsi. Miejscowość istniała już na pewno w 1322 roku. Mniej więcej wtedy powstał też zamek widoczny z każdego miejsca w okolicy, z którym historia wsi jest nierozerwalnie związana. Zamek był zamieszkany przez węgierską szlachtę, m.in. ród Andrássych i był siedzibą lokalnego feudalnego państewka.

    Z Ubytovania można w kilkanaście minut dojść do podnóża wzgórza zamkowego, po drodze oglądając tradycyjne słowackie domy, jak i te nieco nowsze. Podejście na zamek nie jest bardzo strome ani długie, ale prowadzi wąską ścieżką wśród łąk (od budynku ul. Pokroková 192). Niestety budynek nie jest dostępny do zwiedzania, ze względu na wciąż trwającą odbudowę po katastrofalnym pożarze w 2012 roku, a szkoda, bo taki zabytkowy obiekt z XIV wieku byłby ciekawy do obejrzenia.

    Przeszedłem wzdłuż jego murów, przez teren zamieniony na plac budowy, i obserwowałem, jak nikt nie pracuje. Ale w sumie nie dziwię się – gdybym mógł przebywać dzień w dzień w tak pięknym miejscu, ze wspaniałym widokiem na wieś i jej okolice, też przedłużałbym prace w nieskończoność. Do zamku można również dojechać okrężną drogą asfaltową, ale w związku z remontem jest zamknięta.

    Widok na wieś, po lewej na stoku kapliczka

    Z zamku zszedłem tą samą ścieżką i obejrzałem “centrum” wsi, na które składają się parterowy budynek szkoły oraz kościół z XV wieku. Potem przeszedłem się jeszcze przez wieś, w której – mimo ruchliwej drogi – panowała idylliczna atmosfera i cisza, przerywana tylko szczekaniem psów, mniej więcej co 5 sekund.

    Warto dodać, że wieś jest mieszanką różnych narodowości. Idąc jedną ulicą, na przykład Lipovą, można spotkać lokalnych Słowaków, Węgrów i Romów (oni mają też swoją osadę za wsią). Trzy narodowości, trzy języki, trzy razy większa szansa, że nikt cię nie zrozumie.

    Zaraz obok miejscowości znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce, czyli mauzoleum Dionýza Andrássyego. Budynek został zbudowany w ciągu roku w 1903-1904 i jest mieszanką różnych stylów. W środku pochowany jest hrabia Dionýz Andrássy i jego żona. Mauzoleum otacza niewielki, ale ładny park, a za budynkiem pochowany jest jamnik hrabiego. Bilet normalny kosztuje 5 euro, co jest nieco wygórowaną ceną, ale miejsce i tak warto zobaczyć.

    We wsi pełno tradycyjnych słowackich megafonów z czasów komunistycznych

    Megafony rozmieszczone na słupach w całej miejscowości są spuścizną z czasów komunistycznych, kiedy były narzędziem propagandy. Obecnie w bardzo wielu słowackich wsiach wciąż funkcjonują. Są częścią systemu ostrzegania o zagrozeniach, informują o ważnych wydarzeniach, a nw niektórych wsiach lecą z nich folkowe piosenki. Te w Krásnohorskim Podhradiu włączane były, w czasie mojego pobytu, tylko rano. Muzyczka, chwila gadania i na tym kończyła się „audycja”.

    Pipitka

    Następny dzień przyniósł nieco chłodniejszą, ale wciąż słoneczną pogodę. I bardzo dobrze, bo w takim upale ciężko byłoby chodzić po górskich szczytach. Wybraliśmy się więc na górę o nazwie Pipitka, w paśmie Gór Wołoskich. Góry znane z tego, że nikt w nie nie chodzi, i nic turystycznego tam nie ma. Droga 549 na przełęcz Úhornianske sedlo była wspaniałej jakości, ale też prawie nikt tamtędy nie jeździł (minęliśmy tylko jeden samochód, w drodze powrotnej też jeden). U celu znajduje się spory parking, oczywiście darmowy i cały wolny.

    Początek szlaku

    Stamtąd wyszliśmy na szlak czerwony, który już od początku oferował piękne widoki na okoliczne góry i charakterystyczną polanę z kaplicą Maryi Panny Śnieżnej górującą nad pobliską wsią Úhorná. Przełęcz leży na wysokości 1000 m n.p.m., a cel wycieczki jest niewiele ponad 200 metrów wyższy, więc trasa nie jest zbyt trudna. Po chwili doszliśmy do Útulňej, czyli chatki przeznaczonej do odpoczynku i noclegu dla strudzonych turystów. Na dole przestrzeń otwarta z miejscem na ognisko, apteczką i ulotkami reklamowymi restauracji w Krásnohorskim Podhradiu. Nawet w tak dzikich górach muszą wcisnąć reklamy… Do właściwej części chatki wchodzi się drabiną – tam były miejsca do spania, prowizoryczne materace i dwójka Słowaków, czyli jedyni turyści, których spotkaliśmy po drodze. Prąd z paneli fotowoltaicznych. Dziwne, że w tak nieznanym paśmie mają to tak świetnie zorganizowane.

    Z Útulňej poszliśmy jeszcze ścieżką na szczyt Starego Vrchu z wieżą RTV, ale widoki stamtąd nie były lepsze niż te ze szlaku. Kontynuowaliśmy wędrówkę trasą czerwoną, oglądając piękne krajobrazy okolicznych i nieco dalszych gór widocznych po drodze. Minęliśmy szczyt Malej Pipitki (ścieżki pokazywane na mapach, prowadzące na górę, nie istnieją). Dalej trasa prowadziła grzbietem urozmaiconym skałkami i jeszcze ciekawszymi punktami widokowymi na południe oraz północ.

    Widok ze szlaku w kierunku okolic Rożniawy

    Następnie dotarliśmy do podejścia na Pipitkę (1225 m n.p.m.). Do tego czasu szlak był przyjemny, jednak od tego miejsca szło się ostro pod górę, do skrzyżowania szlaku z nieoznakowanymi drogami pod szczytem. Ale widoki były tego warte – można było patrzeć na rozciągające się po horyzont góry. Widać było okoliczne Góry Wołowskie, nieco dalsze Góry Stolickie czy Niskie Tatry. Z kolei od wschodu po horyzont rozciągały się Góry Wołowskie, szczyty Słowackiego Krasu i góry na Węgrzech. Niestety sam szczyt jest poza szlakiem, a ścieżki zaznaczone na mapie, wiodące tam, nie istnieją.

    Widok na bliższe i dalsze szczyty spod Pipitki, z prawej z tyłu Tatry

    Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc poszliśmy na następny szczyt, czyli Zeleną Skalę. Okazało się, że był to duży błąd, bo najpierw trzeba było znacznie zejść z Pipitki, a później musieliśmy wspinać się tym podejściem z powrotem na górę. Zelená Skala (1040 m n.p.m.) nie oferowała żadnych szczególnych widoków.

    Tylko góry po horyzont…

    Na parking wróciliśmy tą samą trasą i tu zaskoczenie – nie było żadnych innych samochodów. Ludzie po prostu nie wiedzą co tracą 😉

    Pipitka wygląda dosyć masywnie w porównaniu z innymi okolicznych górami

    Trasa do punktu widokowego pod Pipitką i z powrotem ma 8 km długości, a jeśli dodamy Zeleną Horę, wydłuża się do 10,5 km. Według strony mapy.cz można ją przejść w 2 i pół godziny. Dla dłuższej wersji podają czas 3 godziny 35 minut (nam zajęło to 2 godziny 20 minut). Trasa w znacznej większości jest nasłoneczniona, więc raczej nie nadaje się na upalny dzień.

    Wędrówka po Słowackim Krasie

    Po obiedzie pojechaliśmy na inną pobliską przełęcz, czyli Jablonovské Sedlo. Odchodzą od niej dwie trasy: czerwony szlak idzie z jednej strony na zachód w kierunku Silicy (o której w następnym wpisie), z drugiej strony na wschód w kierunku Doliny Zádielskiej. Wybrałem drugą opcję. Zaraz na początku trasy znajduje się Koliba Soroška, gdzie można coś zjeść i napić się, np. lokalnego piwa. Zaraz powyżej rozciąga się łąka z wieżą RTV i ładnym widokiem na pobliskie górki.

    Punkt widokowy na trasie

    Stamtąd wszedłem w las i po chwili, łagodnym podejściem, dotarłem do drugiej, większej łąki z jeszcze ciekawszym widokiem na północ, m.in na odwiedzoną wcześniej Pipitkę i inne góry obok niej.

    Druga z trzech polan. Widok w stronę Krásnohorskiego Podhradia i Rożniawy
    A tutaj widok na Pipitkę i okoliczne szczyty

    Z tego miejsca droga zaczęła piąć się zdecydowanie w górę, ale po krótkiej chwili zaczęła biec w miarę płasko i tak było do końca trasy. Przez kolejne kilka kilometrów droga biegła przez przyjemny las, urozmaicony co chwilę po obu stronach sporymi zagłębieniami w lesie w kształcie mis. To leje krasowe, powstałe w wyniku rozpuszczania skał wapiennych przez wodę. Woda powierzchniowa wsiąka w szczeliny, rozpuszcza skałę i tworzy owalne lub koliste wgłębienia. Na mapie wygląda to jak ogromne połacie sera z dziurami. W terenie przypomina nieco antyczne amfiteatry.

    Rumowisko krasowe. Skały przez tysiące lat rozpadały się w wyniku różnych procesów

    Finałem wędrówki była obszerna, długa na ponad kilometr polana, przypominająca nieco mini-step. Widać z niej było wiele okolicznych gór. Urozmaicona skałkami, lejami krasowymi i studnią przy drogowskazie (Mútna studňa), pilnie strzeżoną przez hordy komarów.

    Słowacka wersja tapety na komputer z Windows 😉

    Powracając z polany na przełęcz tą samą trasą, skręciłem jeszcze w ścieżkę po prawej, aby zobaczyć znajdujące się tam wapienne skały. Tam też spotkałem jedynych na trasie turystów. Ale to, że trasa nie jest popularna, wcale nie świadczy o tym, że jest nieciekawa. Wręcz przeciwnie – po prostu czeka na odkrycie.

    Ambonka na polanie

    Trasa prowadzi głównie przez las i tam jest świetnie utrzymana, ale na trzeciej, największej polanie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy – ścieżka ginie w trawach i roślinach. Według mapy.com, trzeba przejść 10 km (z przełęczy na polanę i z powrotem), co zajmuje 2 godziny 56 minut. Mnie zajęło to 2 godziny.

    Dalsza część wyjazdu, m.in. idylliczna wioska na płaskowyżu i pałac w parku skrywającym wiele niespodzianek, będzie opisana w następnym wpisie 🙂

  • Soszów Wielki, Cieślar i ich małe sekrety – góry na jedno popołudnie
    Rejony Soszowa i Cieślara w Beskidzie Śląskim nie są najwyższym fragmentem pasma. Nie są też najpopularniejsze. Ale wycieczka tam zdecydowanie przerosła nasze oczekiwania.

    Data wycieczki: 14 czerwca 2025

    Była to pogodna, ciepła wakacyjna sobota, więc wyruszyliśmy na niedługą wycieczkę górską. Punktem wyjścia była Wisła, a dokładniej Jawornik. Niegdyś był osobną wsią, obecnie jest dzielnicą Wisły, ale zachował swój sielski charakter. Ta część miasta położona jest przed centrum (jeśli jedziemy od strony Ustronia). Można więc uniknąć części korków piętrzących się przed Wisłą w każdy weekend.

    Dojechaliśmy do Jawornika i zostawiliśmy samochód na bezpłatnym parkingu przy ulicy Cieślarów (naprzeciwko ośrodka wypoczynkowego Cudne Manowce) i wyruszyliśmy na szlak w kierunku szczytu Soszowa Wielkiego. Możliwe było to ulicą Cieślarów – jest to krótsza i łatwiejsza wersja. My jednak nie lubimy iść na łatwiznę i dlatego wybraliśmy przejście bardziej widokowym szlakiem niebieskim. Zeszliśmy do głównego skrzyżowania w Jaworniku, a następnie skręciliśmy w ulicę Soszowską, która wkrótce zmieniła się w porządną gruntową drogę. Już na początku trasa obfitowała w widoki – świetnie widoczny był cały Jawornik i okoliczne góry. A do tego krajobraz był bardzo przyjemny, z licznymi polami i łąkami wokół.

    Sielski krajobraz na niebieskim szlaku

    Po chwili dotarliśmy na szczyt wzgórza Cupel (591 m n.p.m.). Stamtąd nieco bardziej konkretne podejście doprowadziło na kolejny punkt widokowy z ławeczką.

    Szlak w rejonie Cupla
    Widać Wielką Czantorię z wieżą oraz Jawornik

    Dalej trasa prowadziła grzbietem przez las, a później betonową drogą wśród górskich domów. Następnie znów weszła w las, przecięła stok narciarski (odsłaniając ładny widok) i doszła do schroniska.

    Schronisko pod Soszowem jest jednym z najstarszych w Beskidzie Śląskim – wybudowano go już w 1932 roku. Najpierw było prywatnym obiektem, następnie dzierżawili go Niemcy z Beskiden Verein, którzy próbowali wyrzucić stamtąd polskich właścicieli, ale nie udało im się. 🙂 Po II wojnie światowej miejsce należało do polskiego PTTK. W 1979 przejęli go państwo Murzynowie i prowadzą go do dziś. Schronisko dysponuje 30 miejscami noclegowych i bogatą ofertą gastronomiczną. Zimą można się tam dostać koleją linową.

    Schronisko cieszy się popularnością, choć nie ma tam wielkich tłumów

    Ze schroniska przeszliśmy bardzo szeroką, nieco stromą grzbietową drogą na szczyt Soszowa Wielkiego (886 m n.p.m.). Miejsce oferuje piękne widoki na dużą część Beskidu Śląskiego – między innymi Równicę, Klimczok, Szyndzielnię i Skrzyczne. Można też dostrzec nowy, luksusowy hotel Crystal Mountain w Wiśle.

    Część krajobrazu widocznego ze szczytu
    Widać Jawornik (znowu!) i Hotel Crystal Mountain

    Z Soszowa przeszliśmy grzbietowym czerwonym szlakiem na szczyt Cieślara (918 m n.p.m.). Po drodze minęliśmy ładny punkt widokowy na czeską stronę mocy. Cieślar jest wyższy niż Soszów, więc i widok był jeszcze ładniejszy.

    Międzynarodowy kamienny obelisk na Cieślarze

    Nazwa góry pochodzi od popularnego w Wiśle nazwiska Cieślar. Co roku odbywa się tam Międzynarodowe Spotkanie Cieślarów, które przyciąga członków rodu z całego świata oraz sympatyków lokalnych tradycji. Impreza obejmuje m.in. jedzenie lokalnych potraw i sypanie Kopca Cieślarów i odbywa się przy lokalnej muzyce.

    Rzeźba na szczycie, dzieło lokalnych artystów. Symbol majestatycznej natury Beskidów

    Na Cieślarze znajduje się opuszczona chatka, w której w ostateczności (ale naprawdę ostatecznej) można przenocować lub schronić się przed deszczem. Przy niej postawiono tablicę panoramiczną wyjaśniającą, jakie szczyty można stamtąd zobaczyć. Nieco wyżej jest ławeczka, na której można usiąść i podziwiać rozległą panoramę. Widać cały grzbiet od Skrzycznego po Baranią Górę, Ochodzitą w Istebnej, Wielką Rycerzową w Beskidzie Żywieckim oraz Tatry. Po odpoczynku wróciliśmy na Soszów tą samą drogą.

    To tylko część panoramy widocznej ze szczytu. Z prawej, w tle – Tatry

    Trzeba przyznać, że o ile na trasie można spotkać niemało turystów, to większość z nich koncentruje się właśnie na Wielkim Soszowie i przy schronisku. Choć trasa prowadzi, w dużej części, granicą polsko-czeską, spotkaliśmy niewielu czeskich turystów.

    Punkt widokowy w drodze na Cieślar

    Minęliśmy schronisko i kontynuowaliśmy wędrówkę czerwonym szlakiem. Po drodze weszliśmy na Mały Soszów, na który prowadzi krótka okrężna droga odchodzącą od szlaku. Zaraz za szczytem, po czeskiej stronie szlaku, znajduje się polanka z ładnym widokiem na Trzyniec i okolice oraz czeskie góry.

    Widok na czeską stronę

    Stamtąd zeszliśmy dalej czerwonym szlakiem na przełęcz Beskidek (684 m n.p.m.). Tam ukazała się sylwetka Wielkiej Czantorii, która z tego miejsca wyglądała dosyć masywnie. Z przełęczy zeszliśmy stromym zielonym szlakiem, który prowadził najpierw szeroką leśną drogą. Później wyszedł na łąki, gdzie otworzył się przed nami ładny widok na Jawornik. Dalej przeszliśmy betonową drogą z dziurami i charakterem i dotarliśmy na parking.

    Profil wysokości trasy. Najwyższy punkt to Cieślar
    Przebieg trasy. Zrzut ekranu z Mapy Turystycznej

    Trasę można uznać za dość łatwą. Jest kilka stromych podejść, ale są one krótkie, a najtrudniejszym odcinkiem jest szlak zielony. Cała trasa prowadzi komfortowymi, szerokimi drogami. Trasa ma 10,7 km, a czas przejścia, według Mapy Turystycznej, to 3 godziny 34 minuty. Jednak osoby z dobrą kondycją zapewne pokonają ją w krótszym czasie. Nam zajęło to 3 godziny, nie licząc odpoczynku na Cieślarze. Trasę można wydłużyć – przejść z Cieślara na Mały Stożek, a nawet i na Wielki Stożek, albo z przełęczy Beskidek wspiąć się na Wielką Czantorię. Można też ją skrócić, czyli nie iść na Cieślar, ale szkoda byłoby pominąć takie widoki.

    – – –

  • Rajecké Teplice – bogata historia widoczna z każdego wzgórza
    Miejsce, gdzie tradycja miesza się z nowoczesnością, antyk z lokalnym folklorem, a to, co wydaje się zwyczajne, okazuje się niesamowite.

    Data wyjazdu: 23-25 maja 2025

    Fajnie jest od czasu do czasu pojechać za granicę. Nawet, jeśli ta zagranica to słowacka miejscowość Rajecké Teplice, położone zaledwie około godzinę drogi od granicy z Polską. A konkretnie od przejścia granicznego w Zwardoniu.

    Jest to niewielkie miasteczko uzdrowiskowe, liczące niecałe 3 tysiące mieszkańców. Zostało założone najprawdopodobniej w XIV wieku. Uzdrowiskiem było już w XVI wieku, ale na poważnie rozkwitło dopiero ponad 300 lat później, kiedy sprowadzono porządnych lekarzy, wybudowano nowe budynki uzdrowiskowe i kolej łączącą miejscowość z Żyliną. Prawa miejskie Rajecké Teplice dostały dopiero w 1989 roku. Miejscowość leży bardzo malowniczo w kotlinie pomiędzy szczytami Strážovskich Vrchów a Małą Fatrą. Jest świetną bazą wypadową w okoliczne góry. Blisko stamtąd też do ciekawych miast i zamków.

    Wiejski krajobraz koło Rajeckich Teplic

    Wybraliśmy się tam w piątkowe popołudnie, i niestety to nie był najlepszy czas – w okolicy Krásna nad Kysucou oraz za Żyliną trzeba było stać w korkach, które ciężko było objechać i z „około godziny drogi od granicy” zrobiły się prawie dwie. Ale najważniejsze, że wynajęty pokój w apartamentowcu spełnił wszystkie oczekiwania – niedrogi, czysty, dobrze utrzymany i blisko centrum, a jedynym minusem był widok z okien. Można było patrzeć na…następny apartamentowiec. Obiekt nazywa się Útulný Apartmán Katka i bardzo go polecam.

    Rajecké Teplice i okolice

    Pierwszego dnia pogoda była pochmurna, ale to nie przeszkadzało w zwiedzaniu miasteczka i okolicznych wsi. Po wyjściu z apartamentowca zorientowałem się, że jest świetnie położony. Zaledwie parę kroków dzieli go od dworca autobusowo-kolejowego, z którego można dojechać do Rajca czy Żyliny. Kawałek dalej są dwa ciekawe kościoły – uroczy kościółek Wniebowzięcia Maryi Panny z 1909 roku i bardziej nowoczesny kościół Serca Jezusa. Obok stoi niewielki pomnik Poległych w I wojnie światowej. Przy nim pochowany jest lokalny bohater, nieznany szerzej poza tymi okolicami, czyli Rudolf Suľovský. Był nauczycielem i lokalnym działaczem, a podczas II wojny światowej zginął w walkach Słowackiego Powstania Narodowego.

    Kościół Wniebowzięcia Maryi, pomnik i nagrobek Suľovskiego

    Potem przeszedłem do ładnego parku zdrojowego, również bardzo blisko, utrzymanego z dbałością o każdy detal, z ciekawymi rzeźbami. Został założony w XIX wieku i jest pełny rzeźb i stylowych alejek, a do tego ma trochę egzotycznych roślin. Jest to miejsce, gdzie nawet kosze na śmieci czy latarnie są dziełami sztuki i dopracowane są z dbałością o każdy detal. 🙂 Rzeźby i inne elementy parku zostały wykonane przez lokalnych artystów.

    Fontanna Afrodyty w parku z rzeźbami stylizowanymi na starożytną Grecję
    Stylizowane dekoracyjne budyneczki w stylu antycznym są kolejnym elementem zdrojowego parku
    Jedni wolą rzeźby antyczne, a inni ludowe drewniane figury krasnali. Teren Hotelu Encian

    Obok znajduje się absolutna ikona miejscowości, czyli luksusowy hotel Aphrodite (wybudowany w latach 30. ubiegłego wieku), przyciągający bogatych Słowaków, a także osoby z zagranicy. Jest stylizowany na antyczne łaźnie, do czego nawiązuje architektura i kolumny. Nieco dalej znajduje się druga część parku, ze stawem, drewnianą szopką, grotami i minigolfem.

    Wejście do Hotelu Aphrodite z rzeźbą greckiej bogini
    Aphrodite jest najbogatszym budynkiem w miasteczku i jego najważniejszym symbolem

    Poszedłem jeszcze na zwyczajny, ale bardzo klimatyczny rynek miasteczka. Niestety brak starówki, ale to dlatego, że miejscowość rozwijała się raczej jako uzdrowisko.

    Po obejrzeniu centrum postanowiłem udać się na wiejską trasę spacerową po okolicy, wyznaczoną przez eksperta w dziedzinie słowackich tras (czyli samego siebie). Wędrówkę rozpocząłem od ulicy Hlavnej w „przyklejonej” do Rajeckich Teplic wsi Konská. Następnie skręciłem w lewo w polną drogę, która po krótkim, lekko stromym podejściu doprowadziła na szczyt porośniętego łąkami wzgórza Predovsie (487 m n.p.m.). Stamtąd rozciągały się widoki – najpierw można było podziwiać z góry wspomnianą wieś Konská oraz pobliski Zbyňov i wyrastające na północy szczyty Strážovskich Vrchów. Pasące się tam owce nie były jednak tym krajobrazem szczególnie zachwycone.

    Widok na Zbyňov i okoliczne góry
    Krajobraz wiejski widziany ze wzgórz, w tle Rajec i kamieniołom

    W miarę jak szedłem przez wzgórza na południe, widok się zmieniał – pokazywało się miasto Rajec i kilka innych okolicznych wiosek, a nieco dalej kamieniołom dolomitu we wsi Šuja. Minąłem krowy i zszedłem ze wzgórz do wsi Kamenná Poruba, podziwiając po drodze masywne szczyty Małej Fatry, włącznie z Veľką Lúką (1476 m n.p.m.).

    Jeden ze starych domów w Kamennej Porubie

    Wieś, do której zszedłem, była zwykłą, ale bardzo autentyczną i urokliwą miejscowością, gdzie wzdłuż głównej ulicy ustawione były tradycyjne domy. Nieco powyżej wsi znajduje się kościół. Pierwotna budowla powstała w XIV, ale wskutek trzęsienia ziemi 1858 zawaliła się. Na jej bazie, w latach 1860-70 zbudowano obecny kościół.

    Kościół w Kamennej Porubie i figura Maryi

    Nieco powyżej, wśród pól stoi jeszcze jeden świadek lokalnej historii, czyli kaplica wybudowana pod koniec XIX wieku. W środku – figura św. Jana Nepomucena. Miejsce jest przystankiem na lokalnej drodze pielgrzymkowej.

    Stamtąd udałem się z powrotem do Rajeckich Teplic, tym razem przez nieco niższy grzbiet łąkowych wzgórz, z przyjemnym widokiem na wieś i góry Małej Fatry. W międzyczasie zszedłem jeszcze do Konskiej. Wieś trochę bardziej nowoczesna niż Kamenná Poruba, ale również ładna. Standardowy zestaw: kościół (z XIX wieku), market COOP Jednota i oczywiście bar. Ale czego więcej im potrzeba? Nieco za kościołem mają też śmieszną ławeczkę z wyrzeźbionym koniem. Po obejrzeniu centrum wioski zostawiłem miejscowych Słowaków i ich piwo i w świetle zachodzącego słońca wróciłem do apartamentowca.

    Widok na Konską
    Trasa może nie krótka, ale warta każdego kilometra

    Stránske

    Następnego dnia, w sobotę, poszedłem raz jeszcze do uzdrowiskowego parku. Stamtąd skierowałem się do wschodniej części miasteczka, na kolejne łąkowo-polne wzgórza. Oczywiście z ładnymi widokami na całe Rajecké Teplice i stromo wyrastające obok nich góry. Z łąk zszedłem do urokliwej wsi Stránske leżącej wzdłuż jednej ulicy, w dolinie. Wieś istniała już w XIV wieku.

    Zaraz przy wejściu do miejscowości, napotkałem ciekawą, ale mało znaną atrakcję, czyli ruiny średniowiecznego kościoła św. Heleny, ukryte na cmentarzu. Zresztą to nie dziwne, że są mało znane – z głównej ulicy, którą w dodatku nikt nie jeździ, można je łatwo przeoczyć. Kościół św. Heleny został wybudowany po 1368 roku i był jednonawową gotycką świątynią. Kres jego istnieniu położyło trzęsienie ziemi w 1858 roku. To samo, które zniszczyło świątynię w Kamennej Porubie.

    Stránske z góry. Widać nowy kościół świętej Heleny (z 1995)
    Ruiny kościoła. W miarę dostępności pieniędzy prowadzone są prace remontowe, stąd rusztowania

    Za cmentarzem zaczyna się bardzo ładna, wypełniona tradycyjnymi domami wioska, miejscami wygląda jak wyjęta z XX wieku. Z miejscowości można jeszcze przejść do podobnej wsi Poluvsie (formalnie dzielnica Rajeckich Teplic). Idealne miejsce na ucieczkę przed ZUSem albo alimentami, łatwo ją przeoczyć na mapie. Ja jednak nie uciekałem przed niczym, dlatego zdecydowałem się skręcić z powrotem na wzgórza. Teren przy wieży RTV był świetnym punktem widokowym na miasteczko. Stamtąd zszedłem na ulicę Osloboditeľov i dalej do centrum.

    Jeden ze starych domów tworzących atmosferę wsi Stránske
    Widok na wschodnią część Rajeckich Teplic spod wieży

    Čipčie

    Po obiedzie w postaci halušek z lokalnej restauracji (słowackich klusek ze skwarkami z dodatkiem bryndzy lub kiszonej kapusty) nadszedł czas na najważniejszy punkt wyjazdu, czyli wycieczkę na górę o nazwie Čipčie. Pojechaliśmy więc do niedalekiej, otoczonej wzgórzami (zresztą jak każda miejscowość w okolicy) wsi Turie. Zaparkowaliśmy przy zabytkowym, ale skromnym barokowym kościele św. Jerzego z 1750 roku. Odprowadzeni ciekawym spojrzeniem lokalnej babci, która zapewne nie widziała turystów od zeszłego miesiąca, przeszliśmy na niebieski szlak. Na początku przebiegał przez łąki, a następnie obok zapierającego dech kamieniołomu. Przez pewien czas, w XX wieku, wydobywano tam wapień i dolomit. Obecnie jest nieczynny. Później ścieżka przechodziła przez granicę lasu, oferując ładny widok na całą wieś.

    Widok na Turie
    Kamieniołom w Turiach. W tle ledwo widoczna Żylina

    Po wejściu w las skończyła się zabawa i oglądanie widoczków, a zaczęła się porządna trasa. Mimo, że szlak był poprowadzony nieco trawersem, i tak sprawił dużo problemów, a najtrudniejszym podejściem było to na sam szczyt. Na szczęście urozmaicone było wieloma widokowymi skałami (można było oglądać m.in. Rajecké Teplice z wyższej wysokości niż ze wzgórz za miastem). Panorama widoczna ze szczytu Čipči, na wysokości 920 metrów n.p.m., wynagrodziła cały trud – oprócz okolicznych gór było widać również te dalsze, m.in. Krywań w głównym paśmie Małej Fatry oraz część Kotliny Rajeckiej.

    Kamera nieco wypłaszcza teren, ale i tak widać, że to nie spacerek
    Według niektórych źródeł, szczyt ma 926 m n.p.m. Być może zależy to od tego, czy mierzony jest szczyt, skały, czy ego turysty 😉
    Ze szczytowej polany rozciągały się widoki na Kotlinę Rajecką…
    …bliższe góry Lúčanskiej Małej Fatry…
    …a także te dalsze

    Ze szczytu zeszliśmy niebieskim szlakiem do skrzyżowania z żółtym. Ten odcinek był równie stromy, jak podejście. Wędrówkę dokończyliśmy szlakiem żółtym, który był dużo przyjemniejszy i bardziej płaski, a do tego natrafiliśmy na dwa punkty widokowe, ukazujące dolinę Turianskiego Potoku, drogę D1 w budowie i różne wioski. Zejście – do tego samego kamieniołomu, co wcześniej, a następnie do wsi.

    Widok na Centrum Usług Społecznych w Turiach
    Zbyňov

    Następny dzień, niedziela, był jeszcze cieplejszy. Wyruszyłem więc na jeszcze jeden spacer po okolicy, aby zdobyć widoczne zewsząd wzniesienie z wieżą RTV w Zbyňovie. Z apartmánu przeszedłem do restauracji Mlynarka, skąd chwiejny mostek prowadził do drogi w dolinie. Potok gwarantował przyjemny chłód, czasem nawet zimno. Po jakimś czasie dotarłem do wsi Zbyňov. I tu znowu – tradycyjne domy, duch wiejskości, mieszkańcy wracający z mszy i zdziwienie, jakim cudem na tyle osób wystarcza jedna malutka kaplica imitująca kościół.

    Stare domy w Zbyňovie

    Po obejrzeniu wsi, udałem się od ulicy Ku Skalám polną, lekko stromą drogą na szczyt rzeczonego wzgórza. Już po chwili otworzyła się przede mną piękna panorama na tę oraz inne wsie, w tym Konską i wzniesienia, po których wędrowałem pierwszego dnia. Na górze stał jeden dom, zapewne zamieszkany przez jakichś introwertyków. Zejście urozmaicone było widokiem na Konską i Rajecké Teplice. Od tamtej strony znajdował się też wyciąg narciarski.

    Szczyt wzgórza
    Kawałek za wzgórzem jest obszerna polana. Na widoczne z tyłu górki nie prowadzą żadne szlaki

    Miałem jeszcze sporo czasu, więc postanowiłem wrócić trawersującym okoliczne góry szlakiem niebieskim. Początkowe podejście było dosyć strome. Dalsza trasa wiodła płaską drogą, otoczoną z góry i z dołu wyglądającymi prawie pionowo stokami. Po drodze napotkałem też kilka miejsc widokowych na Rajecké Teplice i Zbyňov. Niestety, przez brak zasięgu trochę nie doszacowałem długości trasy i czasu przejścia. Przez to musiałem się później pakować w pośpiechu, ale było warto.

    Ze szlaku niebieskiego widać było Zbyňov…
    …oraz Konską i Rajecké Teplice

    Kunerad

    Po opuszczeniu apartamentu nie kierowaliśmy się prosto do Polski, aby nie spędzić reszty dnia siedząc w domu i zastanawiając się, dlaczego nie zostaliśmy dłużej. Na początek pojechaliśmy do pobliskiej wsi Kunerad. Sama miejscowość wygląda tak, jak każda inna w okolicy, czyli jest naprawdę urokliwa. Za nią, w leśnej dolinie, znajduje się zamek. Po zostawieniu samochodu na parkingu obok niego, poszedłem go obejrzeć. Wybudowany w 1916 roku, budynek służył różnym celom, ostatecznie w 2018 roku dotknął go pożar. Po tym wydarzeniu rozpoczęła się jego odbudowa, która trwa do dziś, przez co jest zamknięty i ogrodzony. Szczególnie zaskoczone było tym słowackie małżeństwo – podjechali samochodem pod samą bramę, aby obejrzeć zamek, ale widząc, że jest zamknięty, odjechali.

    Zamek w Kuneradzie w trakcie remontu
    Obok zamku stoi typowy komunistyczny pomnik z lat 60.
    Urokliwy domek powyżej doliny

    Z parkingu udałem się dalej w głąb doliny, wybierając jedną z dwóch dróg (południową). Zwyczajny spacer całkowicie zalesioną doliną, ale świetny na gorący dzień. Dotarłem do miejsca zwanego Cibuľková, ze źródełkiem, niewielką skałą i tajemniczą piwnicą.

    Ciekawe, co przechowują w tej piwniczce w środku lasu
    W dolinie trzeba uważać na agresywną niedźwiedzicę z młodymi

    Na parking wróciłem oczywiście tą samą trasą, bo choć były alternatywne opcje, przechodziły przez góry w stylu Čipči, a nie chciałem się narażać na podobne podejścia raz jeszcze 😉. W całej dolinie brak zasięgu i internetu, więc warto mieć mapy offline lub papierowe, chyba że ktoś ma mapy w głowie albo chce iść na żywioł. Zresztą, jeśli ktoś chce iść tylko samą doliną, pewnie wystarczy ta ostatnia opcja.

    Żylina

    Po spacerze w dolinie, aby pooddychać nieco atmosferą miasta po tych wszystkich wiejsko-polno-górskich wędrówkach, pojechaliśmy jeszcze do Żyliny. Wiele osób przejeżdża przez nią tylko w drodze w góry, ale samo miasto naprawdę jest warte obejrzenia. Żylina istnieje już od 1208 roku, ale pełnoprawnym miastem stała się w XIV wieku. Czas największego rozkwitu przeżyło w XVI i XVII wieku, kiedy stało się ważnym centrum gospodarczym i kluczowym miejscem dla Reformacji na terenach słowackich. Obecnie liczy 80 tysięcy mieszkańców i jest czwartym największym miastem w kraju. Za rzeką, na północ od starówki, mieści się Zamek Budatiński z 13. stulecia.

    Nawet centrum miasta jest dosyć zielone

    Wyruszyłem z urokliwego cmentarza żydowskiego, a potem obok równie ciekawego Starego Cmentarza. Następnie, po zobaczeniu terenów na północ od starego miasta, doszedłem do bardzo przyjemnego skweru przy Sad SNP, a stamtąd na główny plac miasta (Hlinkovo námestie). Następnie przyszedł czas na zwiedzanie samej starówki z ładnymi starymi kamieniczkami, ciekawymi uliczkami i muralami i przyjemnym rynkiem (Mariánske námestie). Katedra Najświętszej Trójcy, wybudowana w XIV wieku, wyraźnie góruje nad okolicą. Świątynia była trzy razy dotknięta pożarami i trzy razy odbudowywana. W efekcie jest mieszanką różnych stylów, szczególnie wnętrze.

    Katedra w Żylinie. Obok pomnik Cyryla i Metodego (2013). Byli to misjonarze, którzy schrystianizowali Słowację
    Kościół Nawrócenia św. Pawła

    Oprócz katedry, na starówce znajdują się jeszcze dwa kościoły: św. Barbary z 1730 roku oraz świeżo wyremontowany kościół Nawrócenia św. Pawła z 1754. Ciekawym budynkiem jest też Nowa Synagoga, zbudowana w XX-leciu międzywojennym. Obecnie jest miejscem wystaw i wydarzeń kulturalnych.

    Neorenesansowe kamieniczki na żylińskim rynku

    W Żylinie, jak i w rejonie Rajeckich Teplice są jeszcze dziesiątki innych atrakcji, więc obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam pojedziemy, i – tym razem już bez korków – wróciliśmy do Polski.

    – – –