Krásnohorské Podhradie – tam gdzie nie docierają tłumy, część 1
Okolice Słowackiego Krasu to tereny poza utartymi szlakami. Zapraszam Was do krainy pięknych krajobrazów, zabytków harmonijnie wpisanych w naturę i wsi z dala od cywilizacji. A to wszystko ze świetną infrastrukturą!

W pewnym czerwcowym tygodniu postanowiliśmy wybrać się na koniec Słowacji.

Data wyjazdu: 19-20 czerwca 2025

Jechaliśmy tam przez Podhale i Poprad, a następnie drogą 66 przez góry. Jej najciekawszym elementem były serpentyny, które w końcu doprowadziły na przełęcz. Trzeba uważać, żeby nie wypaść z drogi, oglądając rozciągające się stamtąd widoki na okoliczne góry, m.in. Muranską Planinę, i okoliczne miejscowości. Dalej znajdował się jeszcze jeden punkt widokowy, tym razem na malownicze jezioro w Dedinkach. Następnie trasa przebiegała przez urokliwe słowackie wioski w dolinie i finalnie dotarliśmy do celu, czyli wsi Krásnohorské Podhradie. Miejscowość i jej okolice leżą zaraz przy granicy z Węgrami, wśród malowniczych płaskowyżów Słowackiego Krasu.

Zatrzymaliśmy się w wynajętym pokoju w Ubytovaniu Barborka. Standard i czystość bardzo dobre, cena też przyzwoita, właściciele pomocni, ale nie nachalni. Położenie przy głównej drodze było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, bo można było łatwo dojechać do wszystkich ciekawych miejsc w okolicy, ale z drugiej strony ciężko było zasnąć w nocy przy ciągle przejeżdżających tirach. Jednak i do tego dało się przyzwyczaić. Ogólnie bardzo polecam to miejsce.

W pierwszy dzień wyjazdu wypadło Boże Ciało. Słowacy świętują go religijnie tak samo jak Polacy, ale w odróżnieniu od nas muszą wtedy normalnie pracować. A więc wszystkie sklepy COOP Jednota oraz stacje benzynowe spotkane po drodze, które przetrwały próbę czasu (czyli niewiele z nich) zwyczajnie działają, ale też na płatnych parkingach trzeba wyciągnąć z portfela parę euro.

Zádielska dolina

Po rozpakowaniu się, jako że było zbyt gorąco na obejrzenie wsi, którą i tak traktowaliśmy raczej jako bazę wypadową, pojechaliśmy do oddalonej o 20 minut Zádielskiej Doliny, po drodze oglądając kolejne widoki na okoliczne góry i wioski. Dolina położona jest za malutką, urokliwą wsią Zádiel. Miejscowość istniała już na pewno w 1317 roku, a pewnie i wcześniej. Jest tam kościół ewangelicki z XVIII wieku.

Takich skalnych przejść jest więcej

Najlepiej zostawić samochód na parkingu zaraz przy wejściu do doliny. Płatny 3 € za cały dzień za osobówkę (o 15:30 nikt już nie zbierał opłat). O ile na zwykłym terenie było wtedy powyżej 30°C, to w dolinie panował przyjemny chłód, momentami nawet nieprzyjemny. Z parkingu prowadzi trzykilometrowa trasa wąwozem krasowym nad potokiem z niewielkimi wodospadami. Dolina z obu stron urozmaicona jest imponującymi skałami i gruzowiskami. W najwęższym miejscu ma 10 metrów szerokości i jest najgłębszym wąwozem w kraju. Wśród skał ulokowane są też liczne jaskinie, na ogół niedostępne dla turystów. Na koniec dochodzi się do Zádielskiej Chaty, gdzie można napić się lokalnego piwa i coś zjeść.

Potężne skały ponad doliną

Po odpoczynku w chacie można jeszcze udać się w głąb doliny lub asfaltową drogą w kierunku wsi Bôrka, albo zielonym czy żółtym szlakiem na otaczające dolinę płaskowyże. Ja jednak wybrałem inną opcję, czyli przejście niebieskim szlakiem do punktu widokowego Na Skale. Kilkunastominutowe, niezbyt strome podejście prowadzi na niewielki taras widokowy. Widok to połączenie przyrody i przemysłu – za płaskowyżami ponad doliną widoczna jest cementownia koło pobliskiej Turňi.

Chatka przy szlaku na punkt widokowy

Krásnohorské Podhradie

Po powrocie do Krásnohorskégo Podhradia i krótkim odpoczynku wyruszyłem na zwiedzanie wsi. Miejscowość istniała już na pewno w 1322 roku. Mniej więcej wtedy powstał też zamek widoczny z każdego miejsca w okolicy, z którym historia wsi jest nierozerwalnie związana. Zamek był zamieszkany przez węgierską szlachtę, m.in. ród Andrássych i był siedzibą lokalnego feudalnego państewka.

Z Ubytovania można w kilkanaście minut dojść do podnóża wzgórza zamkowego, po drodze oglądając tradycyjne słowackie domy, jak i te nieco nowsze. Podejście na zamek nie jest bardzo strome ani długie, ale prowadzi wąską ścieżką wśród łąk (od budynku ul. Pokroková 192). Niestety budynek nie jest dostępny do zwiedzania, ze względu na wciąż trwającą odbudowę po katastrofalnym pożarze w 2012 roku, a szkoda, bo taki zabytkowy obiekt z XIV wieku byłby ciekawy do obejrzenia.

Przeszedłem wzdłuż jego murów, przez teren zamieniony na plac budowy, i obserwowałem, jak nikt nie pracuje. Ale w sumie nie dziwię się – gdybym mógł przebywać dzień w dzień w tak pięknym miejscu, ze wspaniałym widokiem na wieś i jej okolice, też przedłużałbym prace w nieskończoność. Do zamku można również dojechać okrężną drogą asfaltową, ale w związku z remontem jest zamknięta.

Widok na wieś, po lewej na stoku kapliczka

Z zamku zszedłem tą samą ścieżką i obejrzałem “centrum” wsi, na które składają się parterowy budynek szkoły oraz kościół z XV wieku. Potem przeszedłem się jeszcze przez wieś, w której – mimo ruchliwej drogi – panowała idylliczna atmosfera i cisza, przerywana tylko szczekaniem psów, mniej więcej co 5 sekund.

Warto dodać, że wieś jest mieszanką różnych narodowości. Idąc jedną ulicą, na przykład Lipovą, można spotkać lokalnych Słowaków, Węgrów i Romów (oni mają też swoją osadę za wsią). Trzy narodowości, trzy języki, trzy razy większa szansa, że nikt cię nie zrozumie.

Zaraz obok miejscowości znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce, czyli mauzoleum Dionýza Andrássyego. Budynek został zbudowany w ciągu roku w 1903-1904 i jest mieszanką różnych stylów. W środku pochowany jest hrabia Dionýz Andrássy i jego żona. Mauzoleum otacza niewielki, ale ładny park, a za budynkiem pochowany jest jamnik hrabiego. Bilet normalny kosztuje 5 euro, co jest nieco wygórowaną ceną, ale miejsce i tak warto zobaczyć.

We wsi pełno tradycyjnych słowackich megafonów z czasów komunistycznych

Megafony rozmieszczone na słupach w całej miejscowości są spuścizną z czasów komunistycznych, kiedy były narzędziem propagandy. Obecnie w bardzo wielu słowackich wsiach wciąż funkcjonują. Są częścią systemu ostrzegania o zagrozeniach, informują o ważnych wydarzeniach, a nw niektórych wsiach lecą z nich folkowe piosenki. Te w Krásnohorskim Podhradiu włączane były, w czasie mojego pobytu, tylko rano. Muzyczka, chwila gadania i na tym kończyła się „audycja”.

Pipitka

Następny dzień przyniósł nieco chłodniejszą, ale wciąż słoneczną pogodę. I bardzo dobrze, bo w takim upale ciężko byłoby chodzić po górskich szczytach. Wybraliśmy się więc na górę o nazwie Pipitka, w paśmie Gór Wołoskich. Góry znane z tego, że nikt w nie nie chodzi, i nic turystycznego tam nie ma. Droga 549 na przełęcz Úhornianske sedlo była wspaniałej jakości, ale też prawie nikt tamtędy nie jeździł (minęliśmy tylko jeden samochód, w drodze powrotnej też jeden). U celu znajduje się spory parking, oczywiście darmowy i cały wolny.

Początek szlaku

Stamtąd wyszliśmy na szlak czerwony, który już od początku oferował piękne widoki na okoliczne góry i charakterystyczną polanę z kaplicą Maryi Panny Śnieżnej górującą nad pobliską wsią Úhorná. Przełęcz leży na wysokości 1000 m n.p.m., a cel wycieczki jest niewiele ponad 200 metrów wyższy, więc trasa nie jest zbyt trudna. Po chwili doszliśmy do Útulňej, czyli chatki przeznaczonej do odpoczynku i noclegu dla strudzonych turystów. Na dole przestrzeń otwarta z miejscem na ognisko, apteczką i ulotkami reklamowymi restauracji w Krásnohorskim Podhradiu. Nawet w tak dzikich górach muszą wcisnąć reklamy… Do właściwej części chatki wchodzi się drabiną – tam były miejsca do spania, prowizoryczne materace i dwójka Słowaków, czyli jedyni turyści, których spotkaliśmy po drodze. Prąd z paneli fotowoltaicznych. Dziwne, że w tak nieznanym paśmie mają to tak świetnie zorganizowane.

Z Útulňej poszliśmy jeszcze ścieżką na szczyt Starego Vrchu z wieżą RTV, ale widoki stamtąd nie były lepsze niż te ze szlaku. Kontynuowaliśmy wędrówkę trasą czerwoną, oglądając piękne krajobrazy okolicznych i nieco dalszych gór widocznych po drodze. Minęliśmy szczyt Malej Pipitki (ścieżki pokazywane na mapach, prowadzące na górę, nie istnieją). Dalej trasa prowadziła grzbietem urozmaiconym skałkami i jeszcze ciekawszymi punktami widokowymi na południe oraz północ.

Widok ze szlaku w kierunku okolic Rożniawy

Następnie dotarliśmy do podejścia na Pipitkę (1225 m n.p.m.). Do tego czasu szlak był przyjemny, jednak od tego miejsca szło się ostro pod górę, do skrzyżowania szlaku z nieoznakowanymi drogami pod szczytem. Ale widoki były tego warte – można było patrzeć na rozciągające się po horyzont góry. Widać było okoliczne Góry Wołowskie, nieco dalsze Góry Stolickie czy Niskie Tatry. Z kolei od wschodu po horyzont rozciągały się Góry Wołowskie, szczyty Słowackiego Krasu i góry na Węgrzech. Niestety sam szczyt jest poza szlakiem, a ścieżki zaznaczone na mapie, wiodące tam, nie istnieją.

Widok na bliższe i dalsze szczyty spod Pipitki, z prawej z tyłu Tatry

Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc poszliśmy na następny szczyt, czyli Zeleną Skalę. Okazało się, że był to duży błąd, bo najpierw trzeba było znacznie zejść z Pipitki, a później musieliśmy wspinać się tym podejściem z powrotem na górę. Zelená Skala (1040 m n.p.m.) nie oferowała żadnych szczególnych widoków.

Tylko góry po horyzont…

Na parking wróciliśmy tą samą trasą i tu zaskoczenie – nie było żadnych innych samochodów. Ludzie po prostu nie wiedzą co tracą 😉

Pipitka wygląda dosyć masywnie w porównaniu z innymi okolicznych górami

Trasa do punktu widokowego pod Pipitką i z powrotem ma 8 km długości, a jeśli dodamy Zeleną Horę, wydłuża się do 10,5 km. Według strony mapy.cz można ją przejść w 2 i pół godziny. Dla dłuższej wersji podają czas 3 godziny 35 minut (nam zajęło to 2 godziny 20 minut). Trasa w znacznej większości jest nasłoneczniona, więc raczej nie nadaje się na upalny dzień.

Wędrówka po Słowackim Krasie

Po obiedzie pojechaliśmy na inną pobliską przełęcz, czyli Jablonovské Sedlo. Odchodzą od niej dwie trasy: czerwony szlak idzie z jednej strony na zachód w kierunku Silicy (o której w następnym wpisie), z drugiej strony na wschód w kierunku Doliny Zádielskiej. Wybrałem drugą opcję. Zaraz na początku trasy znajduje się Koliba Soroška, gdzie można coś zjeść i napić się, np. lokalnego piwa. Zaraz powyżej rozciąga się łąka z wieżą RTV i ładnym widokiem na pobliskie górki.

Punkt widokowy na trasie

Stamtąd wszedłem w las i po chwili, łagodnym podejściem, dotarłem do drugiej, większej łąki z jeszcze ciekawszym widokiem na północ, m.in na odwiedzoną wcześniej Pipitkę i inne góry obok niej.

Druga z trzech polan. Widok w stronę Krásnohorskiego Podhradia i Rożniawy
A tutaj widok na Pipitkę i okoliczne szczyty

Z tego miejsca droga zaczęła piąć się zdecydowanie w górę, ale po krótkiej chwili zaczęła biec w miarę płasko i tak było do końca trasy. Przez kolejne kilka kilometrów droga biegła przez przyjemny las, urozmaicony co chwilę po obu stronach sporymi zagłębieniami w lesie w kształcie mis. To leje krasowe, powstałe w wyniku rozpuszczania skał wapiennych przez wodę. Woda powierzchniowa wsiąka w szczeliny, rozpuszcza skałę i tworzy owalne lub koliste wgłębienia. Na mapie wygląda to jak ogromne połacie sera z dziurami. W terenie przypomina nieco antyczne amfiteatry.

Rumowisko krasowe. Skały przez tysiące lat rozpadały się w wyniku różnych procesów

Finałem wędrówki była obszerna, długa na ponad kilometr polana, przypominająca nieco mini-step. Widać z niej było wiele okolicznych gór. Urozmaicona skałkami, lejami krasowymi i studnią przy drogowskazie (Mútna studňa), pilnie strzeżoną przez hordy komarów.

Słowacka wersja tapety na komputer z Windows 😉

Powracając z polany na przełęcz tą samą trasą, skręciłem jeszcze w ścieżkę po prawej, aby zobaczyć znajdujące się tam wapienne skały. Tam też spotkałem jedynych na trasie turystów. Ale to, że trasa nie jest popularna, wcale nie świadczy o tym, że jest nieciekawa. Wręcz przeciwnie – po prostu czeka na odkrycie.

Ambonka na polanie

Trasa prowadzi głównie przez las i tam jest świetnie utrzymana, ale na trzeciej, największej polanie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy – ścieżka ginie w trawach i roślinach. Według mapy.com, trzeba przejść 10 km (z przełęczy na polanę i z powrotem), co zajmuje 2 godziny 56 minut. Mnie zajęło to 2 godziny.

Dalsza część wyjazdu, m.in. idylliczna wioska na płaskowyżu i pałac w parku skrywającym wiele niespodzianek, będzie opisana w następnym wpisie 🙂

Posted in , , , , , ,

Dodaj komentarz